quaramonte blog

Twój nowy blog
Blog został przeniesiony na:
www.quaramonte.blog.onet.pl
Zapraszam serdecznie!

               Od dłuższej chwili, a może to było kilka godzin statek się nie kołysał. Przestała słyszeć fale rozbijające się o kadłub statku. Czuła się wycieńczona, brudna i przemarznięta. Od chwili gdy zamknęli ich pod pokładem kuchcik przyniósł im kilka razy zimną zupę, w której pływało kilka ziemniaczków i trochę marchewki. Była całkiem bez smaku, ale uspokoiła burczenie w brzuchu na kilka godzin. Liam nie odezwał się do niej ani słowem, nie był zbyt rozmowny, zastanawiała się jak długo można siedzieć w tej samej pozycji, ale on przerósł jej oczekiwania. Starała się przespać większość czasu, obudził ją dopiero wstrząs, a potem wszystko ucichło.

                Zdenerwowana przeciągającą się ciszą nad głową, oraz brakiem kołysania, podeszła do krat i szarpnęła za nie. Liam spojrzał na nią przeciągle.

- Nikogo nie ma – powiedział w końcu

- Jak to?

- Dobiliśmy do brzegu – przymknął oczy – za jakiś czas po nas zejdą, jeśli sobie przypomną

- Żartujesz sobie?! – krzyknęła – zapomnieli o nas?!

- Jak będą rozładowywać statek to nas znajdą – mruknął

- Chce wyjść! – powoli wpadała w histerię – jeżeli zobaczę jeszcze jednego szczura to zwariuje rozumiesz?!

                Zerwał się z ziemi tak gwałtownie, że nie zdążyła zareagować, szarpnął ją za ramiona i przycisnął do ściany kadłubu.

- Słuchaj mała, ja jestem cierpliwy – syknął – ale jeśli się nie zamkniesz to będę zmuszony sam cię uciszyć!

                Mogła mu się w końcu dokładnie przyjrzeć. Miał niebieskie oczy, ciemne, choć czyste, cerę ciemną, osmaganą wiatrem, bez większych blizn. Włosy figlarnie opadały mu na czoło, przysłaniając część prawego oka, były naprawdę czarne i równo przycięte, na krótko. Był zadbany jak na pirata. Przeniosła wzrok na łańcuszek na jego szyi i zerknęła na tors, który odsłaniała rozchełstana koszula – był dobrze zbudowany i silny, o czym już mogła się przekonać.

                Usłyszeli nad głowami kroki, które szybko przemieniły się w bieg, a potem ktoś otworzył specjalną klapę prowadzącą pod pokład i zbiegł na dół. Liam puścił ją i podszedł do krat. Chwilę później zobaczyła dwóch wysokich mężczyzn, byli bez koszulek, torsy i ramiona mieli pokryte bliznami, a czoła przepasane materiałem.

- Powrót do domu, nie zawsze jest taki sam co? – jeden z mężczyzn uśmiechnął się do chłopaka ukazując niedużą szparę między zębami

- Podobnie jak pochopne wnioski – odparł

- Ręce – mruknął ten drugi i związał je ciasno sznurkiem.

                Wyprowadzili ich natychmiast z celi. Eileen nie odezwała się ani słowem, mężczyzna który ją prowadził, poganiał ją, nie zważając na to jak bardzo plątają jej się nogi. Liam szedł zaraz za nią. Prowadzili ich po pomoście, potem po piaszczystej plaży, a następnie przeszli przez wysoką bramę zbudowaną z pali, ciasno związanych ze sobą. Za „murem” stało mnóstwo namiotów, większych, mniejszych, bardziej i mniej kolorowych. Namioty były wysokie, ludzie spokojnie pod nimi stali, niektóre były odkryte i odsłaniały to co stało wewnątrz, domyśliła się że to kupieckie namioty. Misy z przyprawami, klatki z kurami, kozy, papugi a nawet małpki – wszystko to mogłaby znaleźć w takich namiotach. Kobiety, które tłoczyły się przy dróżce, przypominały jej Brenne. Wszystkie biały długie suknie, niewiele ozdób i finezyjnie uczesane włosy. U niektórych dostrzegła medaliony, u innych łańcuszki, podobne do tego, który ona sama nosiła. Mężczyźni, byli czyści, nie ubrani skąpo, przed prawie każdym namiotem wbity był miecz.

                Młode dziewczyny uśmiechały się do nich promiennie, choć Eileen głowę by dała sobie uciąć, że uśmiechy przeznaczone były dla Liam’a.  Gdy tylko zauważano, że są związani, zaczynano szeptać. Ludzie przypominali jej tych z wioski, w której mieszkała.

                Szli na główny plac, gdzie pod odsłoniętym namiotem stało wysokie krzesło, bogato zdobione, obok niego stało dwóch pirackich strażników z ogromnymi szablami przy pasie. Zatrzymali się przed schodkami prowadzącymi na krzesło. Mężczyźni pchnęli ich na piach, który zamortyzował upadek. Miała ochotę położyć się na nim i nigdy się nie obudzić. Słońce paliło naprawdę mocno i zastanawiała się czy nie lepiej było jednak siedzieć cicho i zostać pod pokładem, gdzie przynajmniej miała cień. Dostrzegła że za krzesłem, które prawdopodobnie było tronem stały trzy namioty, dużo większe od pozostałych, przed dwoma z nich wbito miecze. W końcu ze środkowego wyszedł szczupły mężczyzna, dobrze zbudowany, łysy, ubrany w obcisłe lniane spodnie i kapitański płaszcz. Wysokie buty sprawiały wrażenie naprawdę ciężkich. Na jego szyi również dostrzegła połowę medalionu i w tedy sobie przypomniała gdzie go widziała – w domu, na szyi swojego ojca.

                Ludzie zgromadzili się wokoło placu, gdy pirat zasiadł na tronie.

- Czy to jest…? – zdołała z siebie wydusić szeptem

- Król piratów? – Liam zerknął na nią – tak… właśnie tak.

                Król spojrzał na nich i uśmiechnął się.

- Wysłałem cztery statki zwiadowcze… każdy wrócił, ale tylko wasz w tak nielicznym składzie, czy możesz mi to wytłumaczyć? – zwrócił się do chłopaka

                Liam spojrzał mu prosto w oczy, lecz nie odezwał się ani słowem.

- Mieliście znaleźć mojego syna! – krzyknął król – a każdy z was wrócił z niczym! A wy… na dodatek bez kapitana! Przyprowadzić Owney’a…

                Eileen starała się nie podnosić wzroku, ale ciekawość była silniejsza i spojrzała na króla.

- A ty… – jak na złość nagle znalazł się przed nią i gestem dłoni rozkazał by wstała – ty pewnie jesteś tą małą żmiją z wyspy… – sięgnął po łańcuszek który wisiał na jej szyi – banitka… Załoga waszego statku, a przynajmniej to co z niej zostało wszystko mi opowiedziała – spojrzał na Liam’a – co z moim synem? Gdzie jest Nolan?! – krzyknął

                Eileen zamarło serce, zdała sobie sprawę dlaczego najechali na wyspę, skoro byli tylko statkiem zwiadowczym.

- Nie wiem gdzie on jest – odparł Liam nie spuszczając wzrok

- CO?! – ryknął mężczyzna

- Gdy się kogoś wyzywa na pojedynek, trzeba się liczyć z możliwością klęski – strażnicy przyprowadzili starca ze statku, właściwie przynieśli go i podtrzymywali, gdyż nie miał swojej laski, ale gdy tylko stanęli przed tłumem, pchnęli go do piasku.

- Chcesz mi powiedzieć, że ten szczur nie kłamie?! – warknął wskazując na Liama – że był aż tak głupi by zabić mojego syna w walce?!

                Eileen spojrzała na niego gwałtownie. Nie rozumiała tej sytuacji.

- Byłbyś aż tak głupi by to zrobić? – wyciągnął swoją dłoń w kierunku tłumu ludzi – Larissa!

                Liam gwałtownie na niego spojrzał. A z tłumu wyszła dziewczyna. Miała bogatszą suknię niż pozostałe kobiety, blond włosy upięte delikatnie z tyłu głowy tak by opadały na ramiona i połówkę medalionu. Król ustawił ją przed sobą.

- Poznajesz ją prawda? – król uśmiechnął się – więc skoro mnie kłamiesz, to skłam również jej.
- Liam – dziewczyna podeszła do niego bliżej, król złapał ją jednak za ramiona
- Skłamiesz jego żonie?
            Eileen aż otworzyła usta ze zdziwienia, ta dziewczyna była w jej wieku.
- Ten dupek gdzieś zwiał! – syknął w końcu
- Zamknij mordę! Albo odzywaj się z szacunkiem! – Pirat, który go przytrzymywał szturchnął go mocno
            
Liam spojrzał na niego z ukosa i odchrząknął:
- Nie rozumiem, czemu tak ślepo w niego wierzysz.
- Chcesz jej coś powiedzieć? – król spojrzał na niego wymownie 
            
Chłopak zerknął na nią i zaciskając usta pokręcił głową. Eileen uchwyciła ten gest i zmrużyła oczy. Król odetchnął głęboko.
- Nie masz nic na swoją obronę? – zwrócił się wprost do chłopaka, który wciąż klęczał przed nim, ze splątanymi rękami – wiesz jakie są obecne fakty? Ty i załoga statku, którym płynąłeś, zaatakowaliście statek Nolana, porzuciliście go na morzu. Po sprawie chcieliście wrócić do domu, natknęliście się na tą małą – kiwnął na Eileen – a że twój kapitan był ci wybitnie nie na rękę zamordowałeś go, przejąłeś statek i razem z załogą wróciliście do domu.
- Co?! Przecież siedziałem w celi! To Carney przejął statek… – Liam wstał z klęczek
- Tak twierdzi załoga statku, prócz tego starego próchna – wzruszył ramionami – Więc jak to było? – zapytał i wskazał na Larissę –  Albo zrobisz z niej wdowę, albo żonę banity.
- Ale on żyje! – krzyknął – wiem, że wolałabyś żeby był martwy, bo to plama na honorze jeśli nas zdradził, ale taka jest prawda! Nie, nie zabiłem go w walce! Po prostu zwiał!
            Król uśmiechnął się pod nosem.
- Możesz to jakoś udowodnić?
- Błagam cię, gdzie on jest? – Larissa złapała go za ramiona
            
Zacisnął usta i spojrzał w oczy królowi, całkowicie pomijając to co mówiła do niego dziewczyna.
- Zwiał z naszymi mapami, nie wiem gdzie on jest, a jego statek jest na dnie. Płynęliśmy za nim kilka dni! Myśleliśmy że jest na jej wyspie – kiwnął na Eileen
- Zabić go – król machnął dłonią i odciągnął Larissę, w tym samym momencie jakiś mężczyzna przystawił chłopakowi pistolet do głowy.
- Nie! – Eileen szarpnęła się z całej siły – uratował mnie, nie możesz go zabić!
- A co mnie to interesuje? – prychnął mężczyzna – zabił Corney’a! Niezależnie od tego co zrobił, złamał nasze prawa! Że pirat, pirata zabić nie może! Nie mówiąc już o moim synu!
-  Przecież powiedział, że żyje!
            Larissa przeniosła na nią zdziwione spojrzenie. Liam nie odezwał się ani słowem, przez cały czas wpatrując się w żonę Nolana.
- Ale go nie przywieźli – syknął jej prosto w twarz, cofnęła się z przestrachem – ale masz rację, zasługuje na bardziej widowiskową śmierć – uśmiechnął się pod nosem – do jaskiń, tego starca też, dziś wieczorem będziemy mieli tu małą jatkę… A tą żmije to mojego ojca!
- Jesteś głupia – warknął Liam – mnie i tak by zabili, a teraz wydasz jeszcze gdzie leży twoja wyspa – strażnicy pociągnęli go do góry i skierowali za namioty w kierunku gór.
 
            Eileen wpatrywała się w jego oddalającą się sylwetkę, coraz mniej rozumiejąc co się właściwie dzieje. Początkowo myślała że piraci najechali na wyspę, z powodu grabieży, w trakcie wyprawy stwierdziła że szukają jakiegoś pirackiego księcia, nie przejmując się całkowicie ich wyspą, a teraz po ostatnich słowach Liam’a doszła do wniosku, że chłopak nie chciał aby położenie wyspy pozostało tajemnicą.
 
            Strażnik pociągnął ją za sobą w kierunku namiotów za tronem królewskim. Wprowadził ją do pierwszego z lewej, który wyglądał na najstarszy. Materiał był wyblakły, miejscami zacerowany, mniej strojny niż pozostałe dwa.             Pirat zlustrował ją dokładnie w poszukiwaniu jakiejkolwiek broni, ale stwierdziwszy, że nie miałaby jej gdzie ukryć, rozciął jej więzy. Była mu wdzięczna, że nie próbował sprawdzić tego w dokładniejszy sposób. Mężczyzna wyszedł, a ona rozejrzała się uważnie po wnętrzu namiotu.
 
            Nie było tutaj podziału na mniejsze przedsionki, po jednej stronie stał duży, stary stół. Do niego dostawione było kilka krzeseł, po przeciwnej stronie stało szerokie łoże, na którym leżały koce, niedaleko łóżka ustawiona była niewielka biblioteczka, w której brakowało kilku książek. Przed nią ustawione było ozdobne krzesło, przypominające tron królewski, tylko trochę mniejsze, obok stał kufer.
- Potomek Ardala zawitał na naszą wyspę…
            Aż podskoczyła, słysząc stary, zachrypiały głos. I w tedy dojrzała siedzącego na ozdobnym krześle starca. Zlewał się z tłem, był przygarbiony i ubrany w bezbarwne szaty. Nie miał brody, a pomarszczona i pokryta czarnymi krostami twarz, schowana była w cieniu.
- Witaj… – starzec wyciągnął dłoń w kierunku Eileen – jestem Raegan.

Liam zatrzasnął drzwi pod pokładem i pokręcił głową. Owney spuścił wzrok. Nie był to najszczęśliwszy dzień na statku. Strata kapitana nigdy nie była powodem do radości, a fakt, że śmierć przyszła nim wrócili do domu powodowała w nich tylko wyrzuty sumienia. Z trzydziesto osobowej załogi do Quaramonte wracało ich jedenastu – kapitan zmarł, przeciwnicy Corney’a zostali zamordowani, w napadzie na wyspę zginęło ich kilkunastu, a w czasie sztormu morze zabrało z pokładu jeszcze kilku. Na dodatek okazało się, że nowy kapitan wyrzucił Brenne na wyspę, w szalupie, z butelką wody, jedną kozą i sztylecikiem.

                Chłopak podniósł wzrok na sufit. Nad nimi znajdowała się nadbudówka kapitańskiej kajuty.

- Nie poddaje się – mruknął tylko słysząc krzyki Eileen

- Walczy dłużej niż Brenna – Owney podparł się na kiju i pokuśtykał do schodów – ale przegra… prędzej ją zabije

- Dlaczego Phelan chciał ją przywieźć do Quaramonte?

- Jest banitą, potomkiem Ardala, to dość cenny nabytek, mógłby zostać wynagrodzony, szczególnie przez Raegana. On wciąż ma nadzieję, że jego brat żyje.

- Ty dziwko!

                Spojrzeli na siebie, gdy padło ostatnie wyzwisko. Liam wyminął starca i wybiegł na pokład, gdzie stłoczyła się już duża grupka mężczyzn.

- Zginiesz pijawko…

                Przebił się przez tłumek i stanął pomiędzy Eileen, którą przytrzymywało dwóch piratów, a Carney’em, który mierzył do niej z miecza.

- Odsuń się durniu!

- Nie zabijesz jej – chłopak zastąpił mu drogę i zerknął na dziewczynę

                Włosy miała w nieładzie, koszulkę naderwaną i rozbitą brew, ale wciąż miała siłę by próbować się wyrwać piratom. Na piersi wciąż lśnił łańcuszek z szabelkami.

- Nie możesz tego zrobić, jest jedną z nas, prawo…

- Żadne prawo jej nie chroni! – mężczyzna był w szale, miał rozcięty policzek – jest banitą! Spieprzaj! – odepchnął Liam’a na bok i spoliczkował Eileen

- Jesteś pierwszą i ostatnią która mi odmówiła – syknął i zamachnął się

                Liam zerwał się z pokładu i jednym ruchem ręki wyszarpał zza pazuchy jednego z mężczyzn szablę. Ta dziewczyna nic go nie obchodziła, jak dla niego mogłoby jej w ogóle nie być, ale skoro już okazało się, że jest piratką, należą jej się prawa, które ich obowiązują.

- Ostatnie życzenie? – Corney bez wzruszenia przyglądał się jej łzą – do zobaczenia w piekle!

                Eileen zacisnęła powieki i odwróciła twarz, spodziewany cios jednak nie nadszedł. Poczuła tylko jak uścisk na jej ramieniu się zmniejszył, aż w końcu mężczyźni ją puścili. Spojrzała przed siebie, oddychając głęboko. U jej stóp leżał martwy Corney, przeszyty szablą. Liam cofnął się o krok, puszczając rękojeść broni.

                Na pokładzie zapanowała cisza. Morderstwo na kapitanie było przestępstwem którego żaden z nich nigdy by się nie dopuścił, choćby nie wiadomo jak bardzo zły był kapitan.

- Zabrać ich – mruknął jeden z mężczyzn wpatrując się w Liam’a – ten statek nigdy więcej nie wypłynie z portu w Quaramonte. A ty – wskazał palcem na chłopaka – nigdy więcej nie ujrzysz blasku słońca. Wracamy bez kapitana, najstarszy z nas, nami pokieruje.

                Eileen wbiła wzrok w swojego wybawiciela. Nie dostrzegła jednak zadowolenia z tego co zrobił, ani ulgi że udało mu się ją uratować. Sprowadzili ich pod pokład i wtrącili do tej samej celi, w której ona siedziała przeszłe trzy dni. Pchnięto ją tam mocno, że wpadła w kupkę siana i uderzyła głową o burtę.

                Obudził ją potworny ból głowy, z trudem usiadła przy ścianie i minęła dłuższa chwila nim doszła do siebie, a senny koszmar okazał się jednak prawdą. Było jej zimno, a jej koszula była zakrwawiona. Dotknęła swojej brwi i aż syknęła z bólu.

- Przyzwyczaj się do bólu, bo od dziś możesz się od niego nie uwolnić… – Liam siedział po drugiej stronie celi

- Pomogłeś mi…

- Nie toleruję łamania praw – przerwał jej – mógł cię przelecieć i wywalić za burtę, a tak… zginiemy oboje.

                Był wyjątkowo spokojny. Mógł tak bezbarwnym tonem, że zaczynała się zastanawiać czy on w ogóle odczuwa jakiekolwiek emocje – strach? Złość?

- Trzeba było mnie nie porywać – warknęła – swoje chore pragnienia mogłeś zatrzymać dla siebie a nie próbować wyżyć się na mnie!

- Może to moja wina? – podniósł głos, a ona natychmiast zamilkła – gdyby Phelan się nie wychylał nie oberwałby i nie musiałby się martwić czy rana się zainfekuje czy nie.

- Gdzie jest Brenna? – przypomniała sobie

- Dwa… może trzy dni drogi stąd – wzruszył ramionami – czy to ma jakieś znaczenie? Corney zadbał o to by wszyscy sojusznicy Phelana zniknęli z tego statku.

- A ty?

- Ja – zaśmiał się – ja nie popierałem ani Phelana ani Corney’a. Jestem sam dla siebie, sterem, okrętem i kapitanem… – wywrócił oczami – płynąłem tu tylko dlatego, bo musiałem, nigdy nie wsiadłbym na statek zwiadowczy. Radze ci to zostawić – dodał, gdy tylko dotknęła dłonią rany na brwi.

- Chce wrócić na wyspę! – krzyknęła i wstała

- Pobożne życzenie – uśmiechnął się pod nosem

- To przez ciebie!  - szarpnęła kraty, a ból głowy wzmógł się

- Uspokój się – skrzywił się widząc jej poczynania – te kraty są nie do wyrwania, szkoda sił. Swoją drogą ciekawa z ciebie piratka – zaśmiał się – pyskujesz, krzyczysz i wyrywasz się, ale nic oprócz tego.

- Nie twój zasrany interes kim jestem! – Warknęła

- No – pokiwał z uznaniem głową – gdybyś spędziła z nami więcej czasu, może byś się czegoś nauczyła, a tak? – rozłożył bezradnie dłonie

- Długo byłam nie przytomna?

- Wystarczająco, żeby od ciebie odpocząć

                Posłała mu krótkie spojrzenie i wróciła na swoje miejsce. Zdała sobie sprawę, że jej dni są policzone. Zastanawiała się co teraz dzieje się z jej ojcem i innymi kapitanami. Czy król odkrył ich tajemnice? Cathal już pewnie zasiadł na tronie, niedługo na morzu pojawią się hordy statków, prędzej czy później odnajdą Quaramonte.

               

 

                Nolan rozłożył kolejną mapę na stoliku i uderzył pięścią w blat. Rana na czole powoli się goiła, włosy nie lepiły się już do siebie, bo nie opływały krwią. Pod nimi obwiązana była przepaska z materiału, która unosiła grzywkę ku górze, przez co włosy nie przysłaniały oczu. Był czysty i ubrany w świeżą koszulę i spodnie, stare ubrania posłużyły za szmaty do czyszczenia pokładu.

                Chłopak spojrzał zdenerwowany na trójkę kapitanów stłoczonych wokoło stołu. Dorian i Jowan nie wyglądali na zadowolonych z obrotu spraw, a ich kompan – kapitan Silyen, był znudzony całą sytuacją. Załoga statku liczyła 30 osób – wszyscy z wioski kapitańskiej, oraz kilkoro marynarzy, którzy zgodzili się im pomóc.

- Jeżeli nie znajdziemy drogi, statki królewskie nas dogonią! – zdenerwował się Dorian

- Nie poprowadzę statku do Quaramonte bez medalionu! – Nolan był poirytowany, usiadł na pobliskim krześle

- Masz nasze medaliony – Jowan podsunął mu kilka złotych połówek

- Nie pomogą mi – machnął ręką – są bezwartościowe.

- Wykuł je Ardal – Dorian szarpnął go za ramię

- A co mnie interesuje kto je wykuł?! – strzepnął jego dłoń – nie wykuliście ich w sercu Quaramonte, nie mają w sobie jego ducha. Te świecidełka mogą was doprowadzić jedynie do tej waszej małej wioski…

- Musi być jakieś wyjście, przecież piraci muszą się gdzieś schronić – Silyen wstał i uspokoił ich gestem dłoni – mój ojciec opowiadał mi, że braci było trzech…

- Był jeszcze Merritt – Nolan westchnął cicho – ale on już dawno nie żyje, zapił się – pokręcił głową – marna śmierć, taka… – zamyślił się teatralnie – prostacka.

- Tobie jeszcze daleko do objęcia tronu, więc może zacznij z nami współpracować bo i ciebie spotka nie bohaterskie ostrze!

- Dorian – Jowan przysłonił chłopaka własnym ciałem – uspokój się. Każdy z nas zna legendę o trzech braciach, powiem więcej Merritt przejął wyspę, na której powstała przystań dla piratów, jest zaznaczona na jednej z naszych map, przynajmniej powinna być – spojrzał na Nolana, który przyglądał mu się zdenerwowany –  chyba, że nasz książę z jakiś powodów nie chce jej na tej mapie odnaleźć.

- Róbcie co chcecie – chłopak wstał gwałtownie i wyszedł z kajuty

                Jowan zaczekał, aż drzwi się zamkną i spojrzał na mapy, które każdy z kapitanów wyciągnął ze swojego kufra. Pirackie mapy były inne niż królewskie, nie wszystko było na nich napisane wprost. Większość wysp była zaszyfrowana, lub w ogóle nie namalowana, a jedynie zaznaczona jakimś dziwnym symbolem. Całość opisana była w języku, którego używali bardzo rzadko, a już na pewno nie w tak zaawansowanej formie.  Na dodatek większość map była zniszczona, pożółkła i wyblakła, nie były uaktualniane przez lata.

                Nolan wcisnął dłonie do kieszeni  i wsparł się o burtę statku. Zerknął przez ramię na morze i zacisnął zęby. Gdyby tylko miał swój medalion bez problemów wróciliby do Quaramonte, a jego ojciec musiałby przyznać mu racje. Skrzyżował ramiona na piersi i zwrócił się w kierunku morza. Wiatr wiał mu prosto w twarz. Miał królewską postawę, wyniosłą i dumną… jednak teraz bez medalionu i swojego miecza, był właściwie nikim.  

  

Nie wiedziała czy minęła noc, czy może dzień. Zastanawiała się czy piraci spożywają podwieczorek, kolacje, czy może śniadanie. Starała się początkowo wywąchać co gotuje kuchcik, ale szybko straciła węch, gdy kuchenne opary mieszały się z odorem zwierząt i stęchlizną. Kuchcik tak często schodził pod pokład, że wydawało jej się śmieszne, by posiłki były wydawane z taką częstotliwością. I jej czasami coś przyniósł, ale nie były to stałe posiłki, więc często zasypiała głodna. Było jej zimno, miała wrażenie że woda dostaje się do środka, przez co nie może wyschnąć i się ogrzać. Jej jedynymi kompanami w tej podróży były kozy i kury, które na dodatek nie były zbyt towarzysko nastawione. Miała niespokojne sny, przebudzała się po kilkakroć, wydawało jej się że biegają po niej szczury, albo robaki kryjące się w słomie.

                Nie tęskniła za rozmowami z ludźmi, przyzwyczaiła się do samotnych chwil już w domu, na wyspie. Starsi kapitanowie przebywali w swoim towarzystwie, ich synowie uważali że przebywanie na morzu i igraszki z dziewczynami z wioski są ciekawszym zajęciem, niż rozmowa z nią i innymi córkami kapitanów. Inne dziewczyny miały jej za złe, że skradła serce księcia. A potem nagle kapitanów w wiosce było coraz mniej, jedni ginęli na morzu, gdy ich statki atakowali piraci, inni po prostu z wypraw nie wracali, a jeszcze inni zabierali rodziny i wyruszali w życiową podróż.

                Najmniej rozumiała jak piraci mogą mordować się nawzajem. Dorian nie raz opowiadał jej o kodeksie pirackim, by mogła go kiedyś przekazać swoim dzieciom. Uśmiechnęła się na samą myśl o swojej przyszłej rodzinie – gdyby wyszła za Daray’a jej piracka tożsamość musiałaby umrzeć na zawsze. Daray zostałby królem, musiałby bronić królestwa, a ona nie mogłaby pozwolić by dowiedział się prawdy, by kiedykolwiek jej dzieci myślały o morzu, by kiedykolwiek musiały do niego tęsknić tak jak ona.

                Podkurczyła kolana pod brodę i objęła je ramionami. Zakręciło jej się w głowie. Może kiedyś nawet marzyła o tym by budzić się obok niego każdego dnia, w królewskiej komnacie, móc ubierać się w piękne, strojne suknie, czesać się i zdobić pięknymi diamentami… ale widziała jak go postrzelili, widziała jak upada na piach. Nie żyje. Już nigdy go nie zobaczy. Poczuła jak po policzkach toczą się jej łzy.

                Podskoczyła, słysząc jak kraty uderzają o siebie i rozprostowała nogi. Światło pochodni rozświetliło jej cele, szybko odwróciła twarz, czując jak palą ją oczy. Kroki stawały się coraz wyraźniejsze, aż w końcu zatrzymały się przy niej. Spojrzała w górę.

- Zjedz to… – postać była nie wyraźna, ktoś podał jej miskę, odszedł na drugą stronę celi i wcisnął pochodnie w mały drążek na ścianie.

Jedzenie przyjemnie pachniało, o dziwo było ciepłe, żeby nie powiedzieć gorące. Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do światła, zauważyła, że dostała kawałek mięsa i jakąś papkę. Zabrała się za jedzenie, przekonując się, że to nie sen i że naprawdę dostała ciepły posiłek. Zerknęła przed siebie, chcąc się dowiedzieć, kto przyniósł jej jedzenie, bo głos nie pasował jej do kuchcika.

                Pod sąsiednią ścianą siedział chłopak, który zaprowadził ją do kapitana. Trzymał w dłoniach pęczek kluczy, którymi potrząsał do czasu do czasu. Ręce swobodnie opierał na podkurczonych kolanach i przyglądał się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Ile czasu już tutaj siedzę? – zapytała niepewnie przełykając kawałek mięsa

- Cztery dni – odparł natychmiast, jakby spodziewał się tego pytania  - mam cię zaprowadzić do Brenny.

- Ile jeszcze…

- Kilka dni – przerwał jej

                Miała wrażenie, że czyta jej w myślach.

- Nasze statki, są szybsze niż handlowe statki królewskie. Ich miesiąc podróży to dla nas połowa tego czasu – kontynuował chłopak – zresztą Quaramonte było bliżej niż myśleliście.

- Po co nas szukaliście? – odstawiła glinianą miseczkę na podłogę i wytarła brudne palce do swoich spodni, nic lepszego nie znalazła.

- Wy nas mało interesujecie, jeżeli nie wtykacie nosa w nie swoje sprawy – wstał i otrzepał się z siana i kurzu – trzymaj się blisko mnie i nie zwracaj uwagi na tych durniów, a nic ci się nie stanie. Wstawaj – podszedł do niej i pociągnął za ramię do góry.

                Nie opierała się, miała zbyt mało siły by próbować się prosto ustać, a tym bardziej by się wyrywać. Bolała ją głowa, a brzuch pobudzony przez niewielki posiłek wyraził swoje niezadowolenie z ilości spożytego pokarmu w postaci głośnego burknięcia. Chłopak zerknął na nią przelotnie i podtrzymując wyprowadził z celi.

- Trzymaj się pewniej na nogach, bo jak zobaczą, że jesteś słaba staniesz się dla nich łatwym celem.

                Zacisnęła usta powstrzymując się od jakiegokolwiek komentarza. Szli powoli, by mogła przynajmniej udawać że nie jest tak słaba na jaką wyglądała. Gdy po dłuższej chwili znaleźli się na pokładzie, puścił jej ramie i pozwolił by szła sama. Starała się nie rozglądać dookoła, w poszukiwaniu piratów, ale jak się okazało wcale nie musiała się specjalnie wysilać. Ich nawoływania i krzyki niosły się po całym pokładzie, a parę racy któryś z nich zastąpił jej drogę. W końcu stworzyła się wokoło niej spora grupka.

- Myśleliśmy, że cię wyrzucili za burtę, a tu proszę taka niespodzianka…

- Ładniutka jesteś – jeden z nich ujął jej podbródek i skierował w swoim kierunku

- Wara od niej – chłopak odepchnął ich – kapitan chce ją widzieć – syknął

- Mała z nim nie zginiesz!

                Przepchnęła się przez tłum i zaczekała aż chłopak do niej dołączy.

- Czego on ode mnie chce?

- Radzę ci nie podskakiwać bo to jeden z brutalniejszych szczurów – pokręcił głową – Phelan nie jest wstanie dowodzić statkiem, dowództwo przejął Carney, teraz już nikt cię nie będzie chronił, rozumiesz? Ostatni raz przeprowadziłem cię przez ten pokład – wskazał palcem na rozchodzących się piratów

- Jak to nie może dowodzić statkiem? – zdenerwowała się i czuła jak powoli ogarnia ją panika, słowa chłopaka wcale jej się nie podobały

                Bez słowa zaciągnął ją za nadbudówkę na pokładzie i przyparł do ściany.

- Phelan umiera, nie jest wstanie wstać z posłania. Infekcja z rany, którą widziałaś powoli doprowadza do jego śmierci! – był bardzo zdenerwowany – dowództwo przejął ten, który jest w śród nas najsilniejszy. Carney mimo że według naszego prawa nie może, zrobił z siebie kapitana i teraz wolno mu wszystko. Zabił już trzech, którzy mu się sprzeciwili…

                Słuchała tego wszystkiego, czując coraz bardziej narastającą panikę w sercu.

- Staramy się jak najszybciej dopłynąć do wioski, ale ten statek już szybciej nie popłynie, dlatego pójdziesz teraz do Brenny i zrobisz to co ci każe, a później zrobisz to czego chce nasz nowy kapitan, zrozumiałaś?!

- Jak to?! – krzyknęła – jak może przejąć władzę, skoro stary kapitan jeszcze żyje?! I co to znaczy że mam zrobić to co mi każe?

- Głupia jesteś jeśli myślisz że on liczy się jeszcze z kimś kto umiera, Brenna już się o tym przekonała.

- Co ty pieprzysz?! Puść mnie! – szarpnęła się

- I gdzie uciekniesz? Jeśli będziesz mu posłuszna zrobisz to co najlepsze. Znudził się Brenną bo jest już stara, bo wcześniej miał ją kapitan, rozumiesz?

                Spojrzała na niego przerażona i zrozumiała o co mu chodzi. Miała być panną do towarzystwa dl a tego pirata bo inaczej straci życie. Śmiała się z tych które wchodziły Starszemu księciu w królestwie do łóżka, tylko po to by spróbować go w sobie rozkochać, a on rzucał je po kilku dniach, dlatego tak bardzo nie podobał mu się pomysł króla o jego małżeństwie. Teraz pewnie szykują się do ślubu…

- Kazał Brennie żeby cię przygotowała – popchnął ją w kierunku wejścia do nadbudówki i bez pukania wszedł do środka.

- Jesteś… – kobieta, którą spotkała pierwszego dnia wstała z drewnianego krzesełka

                Nie przypominała tej dumnej, żony kapitana, którą poznała. Jej włosy były w nieładzie, suknia nie dopięta, podarta na jednym ramieniu. Miała podkrążone oczy, a medalion który wcześniej lśnił szczerym złotem i brązem teraz zszarzał, a nawet popękał w kilku miejscach. Uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco i wyciągnęła rękę. Eileen chwyciła ją niepewnie, poczuła tylko jak uścisk chłopaka zelżał, a potem Brenna posadziła ją na krzesełku.

- Zawołam cię – spojrzała na chłopaka – zobacz co z Phelanem.

                Kiwnął tylko głową i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Eileen rozejrzała się wystraszona po pomieszczeniu, wiele się zmieniło przez te trzy dni. Łóżko stało na swoim miejscu, lecz pościel była w całkowitym nieładzie. Biurko odsunięto pod samą ścianę, na ziemi leżało mnóstwo map i zapisków. Świecie walały się po podłodze w te i z powrotem, poddane ruchom statku, który kołysał się na morzu. Kobieta sięgnęła po drewniany grzebyk, który leżała na stoliku obok łóżka i zaczęła rozczesywać włosy Eileen.

- Poczuł się gorzej, gdy straciliśmy z horyzontu twoją wyspę – powiedziała cicho Brenna – wiedziałam, że to nastanie prędzej czy później. Przemywałam tą ranę, dając mu nadzieję, że zdoła dopłynąć do Quaramonte. Śmierć na morzu, nie w walce to hańba.

- Może zdążycie – wyszeptała Eileen, zaciskając dłonie na krześle

- Medalion pęka – pokręciła głową

- Carney może tak po prostu…? – zawahała się

- Jest brutalny – załkała – zabił tych którzy się sprzeciwili, a ja… – zamilkła i zniknęła za kotarą, która wciąż wisiała, po chwili wróciła z czystą, lnianą koszulą i czarnym gorsetem – musisz się w to ubrać, moje suknie będą na ciebie za długie, na szczęście spodnie masz w dobrym stanie.

- Czemu chce mnie widzieć? – spojrzała na ubrania

- Bo ja przestałam mu wystarczać – westchnęła – kiedy jesteś żoną pirata, nikt inny nie ma do ciebie prawa, jeśli nie wyrazisz na to zgody. Ale gdy grozi ci śmiercią… – pokręciła głową – spodobałaś mu się.

                Zaczekała aż Eileen wciągnie na siebie świeżą koszulę i pomogła jej zawiązać gorset. Włosy miała już suche, a Brenna upięła je w delikatny kok, do którego wsunęła ozdóbkę z swoich włosów.

- Czasami miłość nie idzie w parze z tym z kim się związujesz – kobieta mocno zasznurowała gorset

- Zabiliście go – Eileen spojrzała na nią – zabiliście księcia z wyspy

- Zabili go jedni z tej bandy, głowę dam, że to Carney – dotknęła jej policzka – kochałaś go… – uśmiechnęła się delikatnie – dam ci radę… zaciśnij zęby – wysunęła spod koszulki łańcuszek z szabelkami  - i pomyśl że to ten twój książę… – odwróciła się do drzwi – Liam!

                Chłopak wszedł do środka i spojrzał na Eileen. Mimowolnie się wyprostował.

- Pójdę po niego, a ty z nią zostań – Brenna posłała jej ostatnie spojrzenie i opuściła kapitańską kajutę.

- Pomórz mi – szepnęła z drżeniem warg – błagam cię…

                Stał jednak nie wzruszony. Chwile ciągnęły się w nieskończoność. Wpatrywali się w siebie bez słowa.

- Phelan nie żyje – powiedział w końcu, słysząc krzyki spod pokładu – żeby móc być kapitanem statku pirat musi mieć partnerkę. Jesteś jedyną potencjalną kandydatką, rób co każe bo inaczej skończysz w morzu.

- NIE! Nie możesz mi tego zrobić! Pomogliśmy ci!

                Eileen przeniosła wzrok na drzwi kajuty, a gdy błagalne krzyki wzmogły się, przeniosła pytający wzrok na chłopaka.

- Co się dzieje? To Brenna… nie możesz jej pomóc?!

- Nie rozumiesz…

- Nie rób tego! Jak możesz?!

- Nie mam czasu na ciebie! Ta dziwka czeka na mnie w kajucie! Mam nadzieję, że będzie lepsza niż ty. Nie rozumiem jak ten stary dureń mógł z tobą wytrzymać!

                Eileen podbiegła do drzwi, lecz zagrodził jej drogę. Był silny, musiała to przyznać.

- Nie mieszaj się w to! – warknął i odepchnął ją na łóżko

                Krzyki ucichły, na krótką chwilę. Po długiej ciszy nastąpił tylko huk, Liam zawahał się.

- Ty kaleki durniu! Wchodzisz mi w drogę po raz ostatni!

                Drzwi kajuty gwałtownie się otworzyły i w drzwiach pojawił się pirat, który płynął z nią w łódce. Pamiętała go doskonale, siedziała naprzeciwko niego, gdy wiosłował.

- Wynoś się – warknął do chłopaka – zajmij się tym starym robakiem, bo leży na środku pokładu. I niech nikt nam nie przeszkadza.

                Był ubrany w kapitański płaszcz, rozchełstana koszula ukazała zabliźniony tors, nie dostrzegła jednak medalionu. Mężczyzna zrzucił z siebie płaszcz i koszulę i podszedł do łóżka. Eileen cofnęła się pod ścianę.

- Zabawimy się mała żmijo – zaśmiał się pod nosem i szarpnął ją za rękę.

- Zostaw mnie! – krzyknęła odpychając go ze wszystkich sił

                Wyciągnął z kieszeni nóż i podsunął jej go pod twarz.

- Mała nie zadzieraj ze mną – warknął – bo twoja piękna buźka może zaraz być tak pokiereszowana, że się sama nie poznasz.

                Gdy tylko się pochylił, kopnęła go w twarz i zbiegła z łóżka. Nie była uległa, to nigdy nie było w jej naturze, nawet Daray musiał się namęczyć, by w końcu spędziła z nim noc, bo nie wyobrażała sobie być z kimś do kogo nie czuła nic nadzwyczajnego, a tym bardziej odrazę, jak to w przypadku nowego kapitana. Szarpnęła za klamkę, gdy złapał ją w pół i rzucił na podłogę.

- Nie mam cierpliwości do kobiet – mruknął z zadowoleniem w głosie – ta stara nie miała siły się tak opierać, ale i ty w końcu ją stracisz – zamachnął się i uderzył ją w twarz

- Odwal się! – łzy przyniosły ulgę na piekący policzek – na pomoc!

- Nikt ci nie pomoże pijawko – uśmiechnął się, ukazując szparę między zębami – większość piratów na tym statku mnie poprało, a ci którzy są przeciwko są w mniejszości i jeśli tylko wyrażą swoje niezadowolenie skończą w morzu z bebechem na wierzchu!

                Przygwoździł ją do podłogi i pochylił się dość mocno. Odór jaki poczuła spowodował w niej odruch wymiotny, odwróciła twarz. Był zbyt ciężki, by mogła go z siebie zrzucić, zrozumiała, że tym razem nikt nie może jej pomóc…

W weekend byłam na nartkach dlatego rozdział z małym opóźnieniem ;) Trochę krótki, ale to dlatego że główna część opowieści nie skupia się na Jowanie, lecz Eileen.

 

Rozdział VII

 

                Lochy wydawały mu się wyjątkowo ciemne i nie przyjazne. Było mu zimno, a w powietrzu unosiła się wilgoć, zapach śmierci i innych rzeczy o których nie chciał nawet myśleć. Objął ramiona starając się zmniejszyć powierzchnię swojego ciała do minimum i zatrzymać ciepło.

- Kapitan floty królewskiej w lochach? – z ciemności dobiegł go ironiczny głos

- Daleko mi teraz do jakiegokolwiek kapitana – mruknął i zerknął do sąsiedniej celi, która znajdowała się naprzeciwko

- Nie bądź taki skromny – chłopak złapał w dłonie kraty więzienne

                Jowan dojrzał go po chwili, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Chłopak nie wyglądał lepiej niż ostatnim razem, gdy się spotkali, ale nie uciskał już szmatką rany na czole. Król jednak nie wziął sobie do serca jego rady i nie sprowadził medyka, bo rana wydawała się być wciąż nie oczyszczona.

- Czasami trzeba się przyznać do porażki – Jowan wstał i podszedł do krat – zastanawiam się tylko, do jakiej porażki powinien się przyznać piracki książę?

                Nolan nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko pod nosem.

- Czyli trafiłem do dobrej wioski…

- Nie wiem po co nas szukałeś, ale to był największy błąd jaki mogłeś zrobić. Wydałeś nas! Twoi kamraci najechali na przybrzeżną wioskę wczoraj pod wieczór!

- Nie uciekałem jeśli o to ci chodzi.

- Ciekawi mnie kto cię tak pokiereszował?

- Nie twój zasrany interes głupcze – szarpnął kraty – siedzicie na tej małej wyspie i pływacie sobie po naszych wodach, myślałeś że jesteśmy głupi?! Prędzej czy później, któryś z zwiadowczych statków by was znalazł.

- Ukrywaliśmy się przez lata, nikt…

- Zamknij się – warknął – kto najechał na wioskę?

- Nie mam pojęcia – skłonił głowę – ale strażnicy mówili o statku zwiadowczym. Przez ciebie straciłem córkę!

- Na statku zwiadowczym nie trzyma się jeńców durniu, lata poza Quaramonte poprzestawiały ci w głowie!

- Zabrali ją!

- Chyba że… – zamyślił się i po chwili dodał – nie martw się, w najgorszym wypadku wyrzucą ją z szalupą na morze.

- Bawi cie to?! Jeśli domyślą się że jest piratką wywiozą ją na wyspę, a tam banici nie mają prawa życia!  Twoja władza tu nie sięga. Nie możesz nic zrobić! Nawet królewskie pochodzenie nie uchroni cię do śmierci, bo to planuje król! – wykrzyczał zdenerwowany

- Myślisz, że się boje? – prychnął

                W tej samej chwili drzwi z lochów otworzyły się i jasne światło pochodni rozświetliło ciemności. Jowan aż przymrużył oczy i nim strażnicy doszli do ich cel zdołał dokładnie przyjrzeć się Nolan’owi, który nie spuszczał z niego wzroku i świdrował go spojrzeniem na wskroś.

- Z rozkazu króla, zostaniecie przewiezieni  - jeden z strażników zaczął odczytywać wyrok z rozwiniętego pergaminu, który trzymał w dłoni

                Nie słuchali wyroku, tylko wpatrywali się w siebie. On – przyszły król piratów, który prawdopodobnie nigdy nie zasiądzie na tronie i On – kapitan piracki, dla którego życie przestało się liczyć, gdy jego córka zniknęła z wyspy.  Związali im ciasno dłonie i wyprowadzili z lochów. Nie wyprowadzili ich jednak głównym wyjściem z zamku. Jowan zauważył że od portu czeka ich kilka minut szybkiego marszu. Strażnicy przekazali ich trójce zakapturzonych postaci i odebrali od nich sakiewkę ze złotem.

- Co jest?! – Nolan szarpnął się, gdy jeden z nich chwycił go pod ramię

                Strażnicy zniknęli z powrotem za drzwiami zamkowych lochów, a zakapturzone postacie poprowadziły ich w kierunku portu. Było ciemno, nie mogli rozpoznać ich twarzy. Gdy doszli do portu, skręcili gwałtownie na plażę, a stamtąd przechodząc przez gęste zarośla trafili pod urwisko, gdzie pomiędzy wysokimi skałami zakotwiczony był szpuner.

                Dopiero tutaj rozwiązano im dłonie a mężczyźni zdjęli kaptury z głowy.

- Doarian! – Jowan odetchnął z ulgą

- Miałem płynąć dziś rano, na statku jest kilka osób załogi i cała nasza wioska, trzymaj – podał mu miecz, który wbity był w ziemię przed ich domami – musimy odpływać, król szuka nas po całej wyspie… a Ty – zwrócił się do Nolana – płyniesz z nami – rzucił mu czysty płaszcz i zaprosił gestem na pokład – i zapamiętaj sobie, że mogliśmy pozbawić cię głowy!

                Chłopak bez słowa narzucił na siebie płaszcz i wraz z innymi wszedł na pokład statku. Szpuner słynął ze swojej zwrotności i szybkości w porównaniu do królewskich galeonów. Gdy ostatnia osoba wbiegła na  pokład, podniesiono trap i kotwicę i statek pod osłoną nocy wypłynął ze swojej kryjówki nie zahaczając o skały.

                Nolan bez słowa obserwował krzątających się po pokładzie mężczyzn, każdy z nim miał na szyi medalion, który on bezpowrotnie utracił. Zrzucił z głowy kaptur, gdy wysoki kapitan podszedł do niego i przyświecając sobie pochodnią dokładnie przyjrzał się ranie, która wydawała mu się już zakażona. Dotknął jej delikatnie, a chłopak aż syknął.

- Trzeba to opatrzyć – powiedział w końcu i zaprowadził pod pokład, gdzie czekały już przygotowane kajuty.

 

               Król  utracił całą swą majestatyczność. Cathal nigdy nie widział ojca w takim stanie. Siedział na swym tronie z głową ukryta w dłoniach. Był przygarbiony, a jego korona leżała na ziemi obok tronu. Wygląda jak cień wielkiego władcy. Pod jedną ze ścian sali siedział kapitan, ten który jeszcze dwa dni temu przypłynął dumnie na statku z paktem pokojowym. Łzy płynęły mu po policzkach, kapitańska czapka spoczywała na kolanach, a on sam wpatrywał się w jeden punkt i bezgłośnie poruszał ustami.

                Starszy książę zaciskał pięści na jabłku. Gdy strażnicy wrócili do zamku, przynosząc ze sobą nieruchome ciało jego brata, król zdołał tylko krzyknąć i wezwać lekarza, a potem usiadł tak na tronie i siedział aż do teraz. Jowan dłużej czekał na wieści, ze Eileen została porwana przez piratów, a tym samym ostatni tlący się w jego sercu promyk nadziei zgasł.

                Gdy drzwi jednej z bocznych sal otworzyły się a doktor wszedł do środka, król poderwał się z tronu i natychmiast do niego podszedł. Lekarz pokręcił tylko smutno głową.

- Nie mogę zrobić nic więcej – powiedział tylko – bardzo mi przykro – pokłonił się nisko i odszedł nie spoglądając na nikogo.

                Cathal podbiegł do ojca, miał wrażenie że zaraz zemdlej. Złapał go mocno.

- Ojcze nie możesz się teraz załamać! – krzyknął zdenerwowany – zaatakowali nas! Musimy wypowiedzieć im wojnę!

- Wojnę? – król spojrzał na niego nieprzytomnie – myślisz, że tracąc syna będę myślał o wojnie?

                Jowan przysłuchiwał się temu z drżącymi wargami. Bił się z myślami rozważając co spotka go za wyjawienie prawdy. Wygrała w nim jednak miłość do córki. Wstał z trudem z zimnej posadzki i chwiejnym krokiem podszedł do króla i jego syna. Świat wirował mu przed oczami.

- Panie… – wyszeptał ze łzami w oczach – muszę ci coś wyjawić… coś co może nam pomóc. Twój syn walczy o życie, tak jak zapewne moja córka.

                Król spojrzał na niego zaskoczony.

- Zapewne nie raz zastanawiałeś się skąd przybyli pierwsi kapitanowie morscy i dlaczego tak dobrze znaliśmy morze – kontynuował mężczyzna – Panie, ja i inni… przybyliśmy tu będąc dziećmi, nasi rodzice i nasz przewodnik, który starał się o względu u twego ojca… który uzyskał zgodę byśmy tu zamieszkali…  Nasz kapitan Ardal – sięgnął pod swoją koszulę – był synem wielkiego króla piratów, tego którego twój pradziad zabił w trakcie jednej z bitew.

- Co tu pleciesz?! – król był wyraźnie rozdrażniony

- Jesteśmy piratami, każdy z kapitanów mieszkających w wiosce zna morze tak dobrze, tylko dlatego że jest synem pirata z dziada pradziada – wyciągnął z pod koszuli połówkę medalionu

                Król z przerażeniem dotknął złotego naszyjnika i cofnął się. Cathal nie ruszył się z miejsca. Wpatrywał się w Jowana ze złością i rosnącą nienawiścią.

- Skoro jesteś piratem to dlaczego nie wyjawiłeś nam drogi na waszą przeklętą wyspę! – krzyknął – straż! Jesteś zdrajcą jak wszyscy z tamtej wioski! Straż!

                Do sali tronowej wpadło dwóch zbrojnych i chwycili Jowana za ramiona

- Zaczekaj! – krzyknął mężczyzna

- Zawiśniesz na szubienicy! – Cathal był nieugięty – zabrać go!

- Panie! – Jowan nie dawał za wygraną – Panie! Chłopak z lochów zna drogę! Mogę z nim popłynąć! Panie! Przekonam króla piratów do pokoju! – krzyk mieszał się z łzami – ten chłopak to piracki książę!

- Stójcie! – zagrzmiał król, a strażnicy natychmiast puścili Jowana – skoro to syn samego króla to mogę go zabić, tak jak oni chcieli zabić mojego – syknął

- To nie zatrzyma najazdów, morderstw i gwałtów!

- Niech poczuje ból, który i ja czuję.

- Moja córka… – złapał się ostatniej deski ratunku

- Twoja córka już pewnie nie żyje – król zasiadł na tronie – zabrać go do lochów! Pojmać pozostałych kapitanów! Zdecyduję o waszym losie jeszcze dziś!

- Panie! Nie rób tego! – mężczyzna starał się wykrzyczeć jeszcze kilka słów nim strażnicy wywloką go do lochów – to piraci! Oni nie mają uczuć! On się zemści! I tylko to się będzie dla niego liczyło!

- Zabrać go! – Cathal powtórzył rozkaz ojca

                Drzwi zamknęły się za strażnikami, a krzyki Jowana powoli cichły.

- Jak mogłem być taki głupi? – król wyraźnie posmutniał

- Powinieneś ich wszystkich powiesić – książę natychmiast do niego podszedł – dla przykładu! I zebrać wojska z sąsiednich wysp! Masz ich księcia on zna drogę!

- Torturami musiałbym to z niego wyciągnąć…

- To zrób to! Oni są brutalni, oni się niczym nie przejmują! – był zacięty

- Synu mój – król powstał – te sprawy już cię nie dotyczą, za kilka dni wyruszysz do Lomos, aby wypełnić moją wolę, zostaniesz tamtejszym królem. Nie zaprzątaj sobie myśli tym co powinienem zrobić z tymi zdrajcami, to już tylko moja sprawa.

                Cathal wpatrywał się w oddalającą się sylwetkę ojca z narastającą złością. Król nigdy nie doceniał jego rad. Daray zawsze miał lepsze pomysły, dlatego to on przejmie tron po ojcu. Co z tego że zostanie królem a u boku będzie miał jedną z piękniejszych królewskich córek skoro królestwo w którym się wychował przejmie jego brat, którego polityka jest zupełnie inna niż ojca, a tym bardziej Cathal’a.

  

                Liam uderzył pięścią w biurko. Kapitan choć przyzwyczajony do wybuchów złości i awantur, spojrzał na niego groźne, tym samym go uspokajając. Zaczekał spokojnie aż usiądzie na wolnym krześle przed biurkiem i ponownie spojrzał na Eileen, która również przebywała w pokoju. Brenna postawiła przed nią gliniany kubek.

- Więc jak już wspomniałem nim mi przerwano – zerknął wymownie na chłopaka – zabierzemy cię do Quaramonte. Gdy Ardal opuścił wyspę, nikt go nie szukał. Raegen stwierdził że nie potrzebny mu brat, który nie chce rozlewu krwi, każdy kto zdecydował się podzielać jego poglądy musiał opuścić wyspę. Prawdopodobnie wśród takich ludzi byli rodzice twojego ojca, a on sam musiał być w tedy kilkuletnim dzieciakiem.

- Teraz już nie Raegen  zasiada na tronie a jego syn,  Larkin jest jeszcze bardziej okrutny w stosunku do zwykłych marynarzy niż jego ojciec.

- Według starego prawa my nie możemy ci nic zrobić, możesz się tu czuć bezpiecznie – mruknął Liam – ale jak ją zawieziemy do Quaramonte to może być gorzej, zwłaszcza że wracamy bez księcia!

- Nie było go w wiosce? – Phelan upił ze swojego złotego pucharu i zakasłał

                Stwierdzenie, że gdy dotrą na wyspę może być gorzej, nie spodobało jej się. Milczała wsłuchując się w opowieść starego kapitana. Ojciec nie raz opowiadał jej że w Quaramonte mieszkają różni piraci – tacy, którzy uwielbiają zabijanie i tacy którzy wolą pokojowe rozwiązania. Nie rozumiała o jakim księciu wspominają między sobą, ale po prawdzie, mało ją to interesowało.

- Nie możecie mnie odwieźć do domu? – zapytała cicho

- Przykro mi, ale nie – kapitan wciąż kasłał przeraźliwie, a z rany na torsie sączyła się krew – chce umrzeć w mojej ojczyźnie, a nie tu… na morzu. A po drugie król musi zdecydować co z tobą zrobić.

- Przestań bredzić – jego żona zdenerwowała się – Liam zabierz ją, muszę zając się tą raną, koniec rozmowy!

- Ale ja nic nie zrobiłam – poderwała się gwałtownie z krzesełka, które z głośnym trzaskiem uderzyło o podłogę

- Każdy kto jest piratem a nie mieszka z nami, jest uciekinierem – pokręcił głową – nie ważne w jaki sposób opuściłaś wyspę, ważne że cię tam nie ma – spojrzał na Liama – zabierz ją do celi, ale pamiętaj… ma być żywa, gdy dotrzemy do Quaramonte.

Nie zareagował ani na jej szarpaninę ani na krzyki. Wziął ją mocno pod ramię i wyprowadził z kapitańskiej kajuty. Drzwi zamknęły się za nim z głośnym trzaskiem.  W mesie oficerskiej przyparł ją do ściany.

- Zamknij się wreszcie! – syknął. – Jesteś na statku pełnym piratów! Mężczyzn, którzy od miesięcy nie mieli kobiety. Jesteś głupia, czy jak, dziewczyno? Kapitan chce cię mieć żywą, ale to nie znaczy, że musisz być dziewicą. – po jej rumieńcu wiedział, że trafił. – Weź się w garść i przestań zachowywać jak dziecko.

- Porwali mnie piraci! – dostosowała się do jego tonu. – Jak mogę być spokojna!

- Powinnaś, bo inaczej nie dożyjesz. Po drugie jesteś piratką! Więc powinnaś być przyzwyczajona do tego co zobaczysz w drodze na wyspę.

- Sam powiedziałeś…

- Martwych nie obowiązują nasze prawa. Jeśli „przypadkiem” coś ci się stanie…

- Czemu mi to mówisz?

                Uśmiechnął się pod nosem i pchnął ją na schodki, prowadzące pod pokład, nie skręcili do pomieszczenia, w którym trzymał ją ostatnio, a zeszli jeszcze niżej. Zapach był nie do zniesienia, zbierało jej się na wymioty. Rozejrzała się dookoła siebie, żeby zlokalizować przyczynę odoru, ale ciemności skutecznie jej to uniemożliwiały. Wstrzymała oddech, a oczy zaszły jej łzami. Miała nadzieję ze chłopak jej tu nie zostawi, ale wprowadził ją do niewielkiego pomieszczenia bez okien.

- Pirackie statki są szybsze niż handlowe. Wypuścimy cię za kilka dni – zasunął kraty – i radzę ci siedzieć cicho, schodzi tu tylko kucharz, a tak poza tym to żyją tu kozy i kury – usłyszała tylko szczęk klucza i oddalające się kroki.

                Żyła, wciąż żyła i to wydawało się jej najważniejsze. Wyciągnęła spod koszuli łańcuszek i ukryła go w dłoniach. Jedyna pamiątka po matce uratowała jej życie, ale na jak długo? Kapitanowie w wiosce często opowiadali między sobą to co usłyszeli do swoich ojców. Gdy przybyli na wyspę do królestwa byli małymi dziećmi i mało co pamiętali z życia na Quaramonte, ale piraci zadbali o to by tradycje przetrwały. Na własną rękę, w ukryciu wyprodukowali medaliony i łańcuszki. Żyli w ukryciu, lecz pamięć wciąż pozostała.

  

Pirat zrzucił ją z ramienia do szalupy, uderzyła się o kilka wystających desek służących prawdopodobnie jako siedzisko. Krzyczała by ją puścił, ale był nieugięty. Związał jej ręce tak mocno, że szamotając  się cały dzień i noc, na pewno nie dałaby rady ich rozpleść, na dodatek czuła jak bardzo zaczynają jej drętwieć. Na sam koniec, wetknął jej w usta kawałek starej szmaty, który zawiązał z tyłu jej kłowy. Knebel był skuteczny, przestała krzyczeć, ale wywołał w niej odruch wymiotny. Pozostałe szalupy szybko się zapełniły, a i do nich dołączyło kilku mężczyzn. Odpływali tak szybko, że strażnicy nie byli wstanie ich dogonić, a nie byli przygotowani na pościg na wodzie.

                Mężczyźni którzy siedzieli z nią w szalupie wiosłowali szybko i zdawali się być zmęczeni, ale nie ustępowali. Przyglądali się jej z zaciekawieniem, szczerząc żółte zęby, lub to co po zębach zostało. Chlupot wody jaki wywoływali sprawiał, że woda dostawała się do szalupy, moczyła ich ubrania. Eileen czuła jak jej włosy stają się ciężkie, płakała cicho, nie mogąc z siebie wydobyć nawet jęków.

- Mieliśmy nie brać nikogo na statek – zaśmiał się jeden z piratów

                Wydawał się jej naprawdę obrzydliwy. Miał gęsty, czarny zarost i mnóstwo blizn na twarzy. Głowę osłaniała mu czarna chusta, z pod której wystawało kilka czarnych loczków, już teraz mokrym od potu i wody. Jego sąsiad krwawił z policzka i nie miał zarostu, brakowało mu natomiast kilka zębów i wyglądał na góra trzydzieści lat.

- Będzie dziś świetna zabawa – kontynuował – zabawimy się – puścił jej oczko

                Nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać. Rozważała możliwość wyskoczenia za burtę, ale po pierwsze na pewno miała by problem, by szybko płynąć w kierunku brzegu, ze względu na związane dłonie, po drugie knebel przeszkadzałby jej wziąć oddech, a po trzecie poczuła na ramieniu silny uścisk i zrozumiała, że ucieczka nie będzie łatwa.  

- Nie zabraliśmy jej dla siebie – mężczyzna który trzymał ją za ramię usiadł obok niej

                Zerknęła na oddalająca się plażę, która jeszcze przed paroma minutami była jej domem i odwróciła wzrok czując, że za chwilę pęknie i knebel nic nie pomoże w uciszeniu jej. Byli coraz bliżej ogromnego statku. Był wybudowany z ciemnego drewna i przypominał jej galeon – statek handlowy, którym zwykle pływał jej ojciec i pozostali kapitanowie na wyprawy zlecone przez króla. Gdy podpłynęli bod burtę, zauważyła liny zwisające z pokładu, a potem poczuła tylko że po raz kolejny, pirat zarzucił ją sobie na plecy.

- Radzę ci się trzymać, bo jak spadniesz to twoje kawałki posłużą za pokarm dla rekinów, a szkoda by było tak dobrego mięsa – mruknął do niej czując jak się spina

                Mimowolnie objęła go więc za szyję. Chęć przeżycia była znacznie większa niż odraza jaką żywiła do tego mężczyzny. Pachniał potem, zgniłym mięsem i zwierzęcymi odchodami. Na jego ubraniu dostrzegła krew. Był wyjątkowo silny, skoro potrafił wspinać się po burcie, trzymając ją na plecach. Zakręciło jej się w głowie, gdy otworzyła oczy i zobaczyła jak woda oddala się coraz bardziej, a pusta szalupa którą niedawno płynęli zostaje wciągnięta do góry.

                Z ulgą powitała pokład, na który mężczyzna wszedł z niemałym wysiłkiem, jednak wbrew swoim oczekiwaniom natychmiast skierował się pod pokład, nie zrzucając jej z siebie. Usłyszała tylko okrzyki „Kotwica w górę!” i zniknęła w ciemnościach. Pirat szarpnął za niewielkie drzwiczki niedaleko drewnianych schodów i wszedł do środka. Bez słowa zrzucił ją na kupkę siana i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Wcisnęła się pomiędzy deskę wyznaczającą ścianę kajuty a burtę statku i rozejrzała się przerażona po niewielkim pomieszczeniu. Światła było nie wiele, wpadało ono przez pojedyncze otwory do środka.

                Siedziała na starym kocu, który leżał na kupce starego, stęchłego siana. Deski w podłodze były wilgotne, w powietrzu unosił się zapach gnijącego drewna. Chwilę trwało nim zapachy przestały drażnić jej nos. W pomieszczeniu naprzeciwko dziewczyny stała beczka, a obok niej leżały, małe, suche kawałki, jasnego drewna, kilka nożyków i wiór. Dopiero gdy wytężyła wzrok w kupce siana obok beczki, dostrzegła coś, co przypominało jej drewnianego szczura.

                Drzwi otworzyły się z łoskotem, a Eileen podskoczyła w miejscu. Do środka wszedł wysoki, dobrze zbudowany chłopak, czarne włosy przysłaniały mu część czoła. Był o wiele czystszy niż mężczyzna, który ją tutaj zamknął. Chłopak pociągnął za sobą drzwi i zasunął kołek drewna, ryglując je. Spojrzała mu w oczy, a łzy bezwiednie popłynęły po jej policzkach. Strach ściskał jej gardło, a przed oczami wciąż miała obraz upadającego na ziemię Daray’a, po tym jak jeden z piratów do niego strzelił. Chłopak podszedł bliżej. Odwróciła twarz.

- Przestań beczeć – powiedział spokojnie

                Usiadł przed nią na kupce siana. Gdyby mogła, to na pewno przebiłaby sobą burtę. Knebel nie pozwalał jej nawet błagać o litość, a ciasno splątane dłonie, na to by się bronić.

- Zdejmę ci to – wskazał na szmatkę w jej ustach – ale nie próbuj wrzeszczeć bo i tak nikt cię nie usłyszy, a możesz za to oberwać…

                Kiwnęła tylko głową na znak zrozumienia. Wiedziała że nie powinna go drażnić. Jednym ruchem ręki pozbył się knebla i odrzucił szmatkę za siebie.

- Jak się nazywasz? – zapytał, spuściła wzrok – no mów! – ponaglił ją

                Cofnęła się gwałtownie, błysk przykuł jego uwagę. Światło wpadające do kajuty przez szpary w drewnie, padło na jej pierś, oświetlając tym samym na krótko złoty łańcuszek, ukryty pod koszulą. Sięgnął w jego kierunku by dokładniej się mu przyjrzeć.

- Zostaw! – zaprotestowała, zasłaniając dłońmi pierś

- Jednak potrafisz gadać! – szarpnął jej ręce w swoją stronę

                Splunęła na niego, mając nadzieję że się odczepi, ale jego reakcja była natychmiastowa – uderzył ją w policzek z taką siłą, że upadła na stertę siana. Odwrócił ją szybko na plecy i usiadł na niej okrakiem, przytrzymując jej dłonie z całej siły. Serce zabiło jej szybciej, a jej wzrok przykuł zwisający z szyi chłopaka łańcuszek, do tej pory ukryty pod koszulą. Korzystając z okazji, że wisiorek tak ją zainteresował, sięgnął po jej świecidełko i ze zdziwieniem stwierdził, że do złudzenia przypomina jego własny.

- Skąd go masz? – zapytał, dokładnie oglądając skrzyżowane szabelki – gdzie znalazłaś? Komu zabrałaś? – pochylił się, nacisk ciała znacznie się zwiększył

- Jest mój – wyjąkała z trudem – dostałam go od moich rodziców…

                Zszedł z niej natychmiast. Posłała mu krótkie, pełne ulgi spojrzenie i podniosła się na łokciach, by ponownie wesprzeć się o ścianę kajuty. Po chwili milczenia podniósł ją. Zachwiała się stając na nogi, ale podtrzymał ją za ramię i wyprowadził z pomieszczenia. Pchnął ją w stronę schodków prowadzących na pokład. Odetchnęła głęboko czując  świeży powiew wiatru na twarzy. Poczuła ulgę, bo zapach kajuty nie był najprzyjemniejszym jaki czuła w swoim krótkim życiu. Prowadzona przez pokład unikała, unikała wzroku mężczyzn obecnych na statku.

Na pokładzie leżało mnóstwo lin, prawdopodobnie nie zwiniętych jeszcze od momentu, gdy się po nich wspinali, pod burtami stały szalupy, część mężczyzn oczyszczała je z muły. Pokład był brudny, co jakiś czas omijała rybie oko, szczątki jakiegoś zwierzęcia, czy coś co wyglądało na kozie bobki, zapach był mniej ostry niż w kajucie.

Chłopak prowadził ją bez słowa, nie zwracając uwagi na docinki ze strony piratów. Szli szybkim krokiem w kierunku nadbudówki na pokładzie, przed którą na beczce siedział szczupły mężczyzna. Był kaleką, jedną nogę zastępował mu kawałek drewna, przymocowany do nogi ciasno obwiązanymi szmatami. Obok beczki stała wysoka laska, którą prawdopodobnie sam sobie wyrzeźbił i która służyła mu do podpórki.

- Zabronił sobie przeszkadzać – zaprotestował natychmiast, gdy tylko chłopak położył dłoń na klamce drzwi do przybudówki

                Był posiwiały i miał krzywo przycięte włosy. Eileen nie mogła odegnać od siebie myśli, że kogoś jej przypomina i że już kiedyś się z nim spotkała. Był to starszy pirat, wyniszczony przez może.

- Musi sobie zrobić przerwę w jedzeniu – chłopak pchnął delikatnie drzwi

- Brenna go obmywa – uderzył go laską w dłoń – panienka nie spełniła twoich oczekiwań? – uśmiechnął się pod nosem

- Odwal się i schowaj swoją laskę – warknął – bo za chwilę będziesz jej szukał pod pokładem!

- Wchodzisz tam na własne ryzyko…

                Chłopak pchnął drzwi i wepchnął Eileen do środka. Kajuta kapitańska była znacznie większa od tej w której przyszło jej siedzieć przed chwilą. Po lewej stronie stało ogromne łoże, zasłane jedwabnymi materiałami i dużą ilością poduszek. Na środku stało biurko, a na nim ustawiono kilka świec, prócz nich leżało tam kilka książek  i map. Za biurkiem rozwieszono szeroką zasłonę. Po prawej stronie kajuty ustawiony był duży regał z książkami, a pod nim na dużym, masywnym kufrze leżało mnóstwo map zwiniętych w ciasne rulony.

                Zza zasłony wyszła kobieta w średnim wieku, miała na sobie długą, zdobioną suknię, a na niej wiązany gorset  uwypuklający jej biust. Czarne, kręcone włosy, upięła wysoko, bez zbędnej dbałości. Na szyi miała zawieszoną połówkę, owalnego medalionu. Spojrzała na chłopaka i skrzyżowała ramiona na piersi.

- Widzę że nawet Owney postawiony na straży nie przeszkodzi ci wciskać się tam, gdzie cię nie chcą – powiedziała i spojrzała na Eileen – kto to?

- Muszę porozmawiać z kapitanem – chłopak zdawał się nie słyszeć jej pytania, sięgnął po sztylet leżący obok łóżka i rozciął więzy, pętające dłonie dziewczyny

                Natychmiast rozdarła nadgarstki.

- Kto to jest? – kobieta powtórzyła pytanie

- Przynieśli ją z wioski – mruknął

- Sami od siebie? – uniosła brwi – mam wrażenie że po prostu chciałeś się z nią przespać, ale ona nie wygląda na zbyt chętną. Jak ci na imię?

- Eileen – powiedziała cicho, czując się bezpieczniej

                Kobieta uśmiechnęła się do niej i odwróciła się w kierunku zasłony.

- Phelan! Dokończymy później… – powiedziała dosadnie i ponownie zwróciła się do dziewczyny

- Do stu piorunów! – zagrzmiał męski głos – skoro już się z nią zabawiłeś, jak z kilkoma innymi panienkami to oddaj ją reszcie załogi, albo wsadź w szalupę i wypuść jak te wcześniejsze, a nie zaprzątaj mi głowy – mężczyzna wyszedł do nich – chyba że mam ci pokazać jak się to robi?

                Kapitan był barczystym mężczyzną i wbrew oczekiwaniom Eileen, nie miał długiej brody, miał też pokaźną łysinkę na głowie. Narzucił na ramiona zdobiony, ciemny kubrak i luźne spodnie, w dłoni trzymał zapalone cygaro. Na piersi prócz przepołowionego medalionu dostrzegła blizny i dość świeżą ranę. Podszedł do chłopaka i klepnął go w ramię.

- Co jest z nią nie tak? Jak jej nie potrzebujesz to chłopaki czekają – zaśmiał się ochryple

- To – chłopak nie pytając o zgodę wyciągnął z pod koszulki Eileen łańcuszek

                Nastała cisza. Serce znów zabiło jej szybciej i sama była zdziwiona że jeszcze jest wstanie utrzymać je w piersi. Znaczenie łańcuszka nie było jej obce, tak samo jak jej pochodzenie, choć wolała go tutaj nie ujawniać, obawiając się co może ją za to czekać. Jednak skoro chłopak ma dokładnie taki sam łańcuszek, to może oznaczać, że nic jej nie grozi, przecież rozciął jej więzy.

- Mieszkasz na wyspie, którą zaatakowaliśmy? – zapytał kapitan

                Przez krótką chwilę zastanawiała się co powinna odpowiedzieć, by ocalić swoje życie, jednak chłopak pchnął ją delikatnie, ponaglając ją tym samym. Wyprostowała się.

- Tak – odparła w końcu z drżeniem w głosie

- Boisz się?

- A powinnam? – zmrużyła oczy

- Tá a fhios agat cé tú féin?
- Is ea
* – wyszeptała
 
                Kobieta zwana Brenną uśmiechnęła się pod nosem. - Liam nieświadomie sprowadził do nas jednego z potomków Ardala – spojrzała na chłopaka, który wspierał się o framugę – Długo was szukaliśmy…
 

~*~

 *- Wiesz kim jesteś?- Tak 

            Wioska wybudowana tuż przy plaży była niewielka. Mieszkali tam głównie rybacy, którzy zaopatrywali całe królestwo w ryby i wodne skorupiaki. Na żwirowych ulicach bawiły się dzieci, których było znacznie więcej niż w wiosce kapitańskiej. Eileen lubiła tu przebywać, dzieci zawsze ją uspokajały, a i one lubiły jej towarzystwo. Dziewczyna spędzała czas na rozmowach ze starymi rybakami, którzy łatali swoje sieci i ich żonami, które zawsze poczęstowały ją świeżą, rybną zupą.
 
            Teraz starając się zapomnieć o kłótni z ojcem siedziała na trawie obok jednego z domków i bawiła się resztkami sieci, którą łatał starzec.
- Wszystko przez tego chłopaka z plaży – mruknęła
            Nie wspomniała o swojej znajomości z księciem, bo tutaj o tym nie wiedzieli.
- Ojciec ubzdurał sobie, że piraci na pewno nas zaatakują.
- Twój ojciec zna morze i piratów lepiej niż król, który martwi się tylko o swoje bezpieczeństwo – starzec zapalił fajkę i zmrużył oczy, nawlekając igłę – a ten chłopak z plaży, był naprawdę dziwny. Znalazłem go z moim starym przyjacielem, gdy wracaliśmy z połowu – pokręcił głową i zasmucił się – jeśli to naprawdę pirat to muszę ci powiedzieć, że albo spotkał się z morskim potworem, albo piraci nie mają litości nawet dla swoich towarzyszy. 
           
Spojrzała na niego zdziwiona.
- Ktoś chyba chciał go pozbawić życia, albo co najmniej oka – spojrzał na morze – miał przy sobie medalion, nigdy czegoś takiego nie widziałem. Powiedział tylko jak się nazywa i że chce rozmawiać z jednym z banitów, a potem zemdlał – starzec wzruszył ramionami – ale o kim on mówił, nie mam pojęcia.
- A… jak się nazywa? – zaciekawiło ją to
- Nolan, nie zapomnę tego nigdy. Cała twarz miał z piasku, krwawił bardzo – westchnął – dobrze że wyprawa doszła do skutku i zostanie podpisany ten pakt, przynajmniej my nie zapłacimy za błędy Jego Królewskiej Mości.
- Uważasz, że król źle postępuje?
- Ja nie mam tutaj nic do powiedzenia – pokręcił głową i włożył fajkę do ust
- Jaki medalion miał przy sobie?
- Złoty, taki prawie okrągły, coś tam na nim było, ale nie przyglądałem się, a…! – krzyknął uradowany – była tylko połowa tego medalionu… nie wiem co się stało z drugą.
            Eileen spuściła wzrok i wbiła go w kamienie, które wystawały z trawy. Widziała już kiedyś podobny medalion…
- Na moje sieci! – staruszek poderwał się – przypłynęli!
            Dziewczyna spojrzała gwałtownie na morze, zmierzało do nich z pięć wyładowanych ludźmi łódek, którzy wymachiwali rękami i wykrzykiwali niezrozumiałe słowa. Dopiero po chwili zorientowała się, że w dłoniach trzymali miecze i szpady. Miała wrażenie, że przyrosła do ziemi na której siedziała, historia lubi się powtarzać, a ona po raz kolejny znalazła się w niewłaściwym miejscu. Dopiero gdy pierwsi z piratów postawili stopy na twarzy, zerwała się z trawy i razem z innymi pobiegała się ukryć.
 
            Ucieczka była jednak złudna, bez koni nie mogli dobiec do mur zamku, a piraci, którzy mieli silne nogi biegali znacznie szybciej. Eileen ukryła się za pobliskim domem, słyszała tylko krzyki, piski i wołanie o pomoc. Kątek oka dostrzegła młodego mężczyznę – syna jednego z rybaków, który dosiadłszy jedynego konia w tej wiosce, pogalopował w kierunku pałacu. Poganiał konia i co chwila oglądał się za siebie, a obraz który oglądał był za każdym razem coraz gorszy. Gdy w końcu dojechał do bram zamkowych, zza wydm unosił się już dym. Jowan minął się z nim na placu zamkowym, ale wystarczył jeden rzut oka by ocenić, że sytuacja jest poważna, pobiegł za chłopakiem do Sali tronowej. Strażnicy starali się go zatrzymać, ale gdy tylko usłyszeli jak z ust przerażonego chłopaka padają słowa „Piraci”, natychmiast puszczali go dalej. Wjechał na koniu do sali i zatrzymał się tuż przed królem, Jowan przybiegł chwilę po nim.
- Co się dzieje?! – wykrzyknął król, wstając gwałtownie z tronu – straże?! O co tu chodzi?!
- Panie! – chłopak zsiadł z konia – oni… oni… – był tak zdyszany, że nie mógł wydusić z siebie słowa
            Drzwi sąsiedniej komnaty otworzyły się i wbiegł Daray.
- Ojcze! – pokłonił się w pośpiechu – wioska na plaży! Zaatakowana!
- Piraci?! – Jowan podszedł bliżej
- Twoja córka – chłopak na koniu spojrzał w kierunku kapitana – była w naszej wiosce.
            Daray nie zastanawiał się długo. Złość jaką do niej żywił minęła w jednej chwili. Jego głównym celem było odnalezienie jej i zabranie z wioski. Miał gdzieś jak straszni potrafią być piraci, ona była najważniejsza. Szarpnął za lejce konia, na którym przyjechał chłopak i dosiadłszy go pogalopował w kierunku wyjścia.
 
            Jowan podtrzymywał chłopaka, starając się powstrzymać drżenie warg.
- Gdzie jest Eileen? – zapytał
- Była w wiosce, a gdy zaatakowali… – oddychał głęboko – gdzieś się ukryła
- Straż! – król wybiegł przed salę tronową – natychmiast wysłać jednostki do wioski na plaży! Ruszać się! – krzyknął do stojącego najbliżej strażnika – Jowan… – spojrzał na kapitana, który stał na środku Sali – Jowan! – Mężczyzna osunął się na podłogę i stracił przytomność.
            Daray wjechał w sam środek chaosu. Ludzie biegali pomiędzy domami, starając się uniknąć ciosu piratów, którzy z uśmiechem na ustach szarpali kobiety i zabijali mężczyzn. Dzieci wystraszone stłoczyły się po środku wioski w ciasnej kupce. Książę zeskoczył z konia i wyciągnął miecz.  Rozejrzał się szybko starając się wyłapać wzrokiem sylwetkę Eileen.
- Eileen! – krzyknął czując narastającą w nim panikę – Eileen!
            Przeraźliwe krzyki ludzi były jednak znacznie głośniejsze niż jego nawoływania. Królewski koń uciekł z wioski przerażony. Daray biegł na oślep, zastanawiając się gdzie jest straż, którą ojciec już dawno powinien tutaj wysyłać. Odparł kilkanaście pirackich ciosów i skrył się za jednym z domów. Zranione ramię zapiekło.             Eileen wybiegła zza palącego się domku. Jedyna droga ucieczki – do królestwa, została zablokowana przez zgraję piratów. Odwróciła się w kierunku morza i zamarła. Początkowo miała nadzieję, że to Daray, ale te szybko się rozwiały gdy przyjrzała się mu uważnie. Chłopak wpatrywał się w nią, mrużąc oczy. Miał na sobie luźną, lnianą koszulę i szerokie spodnie, wysokie buty, aż do kolan a w ręku szpadę
- Pirat… – szepnęła do siebie, udowadniając tym samym, samej sobie że to nie książę
            Cofnęła się o parę kroków, a gdy chłopak nie ruszył się z miejsca uciekła w kierunku grupki dzieci. A on uśmiechnął się pod nosem i kiwnięciem głowy dał znak jednemu z kamratów by zajął się dziewczyną. Mężczyzna zaśmiał się głośno i oczyściwszy miecz z krwi ruszył w jej kierunku. Chłopak natomiast rozejrzał się jeszcze po całej wiosce i odszedł w kierunku łódek, które czekały na plaży.
 
            Daray zauważył kroczącego w kierunku Eileen pirata. Drżące z przerażenia dzieci chowały się za jej plecami.
- Czego chcesz?! – zapytała starając się ukryć strach
- Durne pytanie – zacharczał pirat i szarpnął ją za rękę w swoim kierunku – dostałaś specjalne zaproszenie na pokład…
- Puść! – krzyknęła, odpychając go od siebie
 
            Nie słuchał. Zarzucił ją sobie na ramię i spokojnie odwrócił się w kierunku morza.
- Zostaw ją! – Daray wymierzył miecz w jego kierunku – słyszysz co do ciebie mówię!
- Odważny jesteś – zaśmiał się mężczyzna – ale i głupi!
            Chciał rozpocząć walkę lecz nie zdążył. Zza pleców pirata padł strzał, który go trafił. Upadł na kolana i jak przez mgłę zobaczył oddalającą się sylwetkę mężczyzny i jej twarz. Eileen zamarła w bezruchu widząc krew, która zabarwiała nieskalanie czyste ubranie księcia. Przestała się wyrywać, zaczęła płakać, piraci zaczęli się wycofywać, krzycząc coś o zbliżającym się wojsku. Już poprzednim razem strzelali do mieszkańców wioski, ale nikogo nie zabili. - Daray! – krzyknęła modląc się w duchu by wstał z ziemi
            On jednak pozostał bez ruchu, leżąc na plecach.   

            Eileen przymknęła oczy i wtuliła się w ramię księcia. Był środek nocy, nie martwiła się o ojca, zawsze wracał późno z uczt, choć miała mu za złe, że po tak długiej rozłące nie spieszy się by ją zobaczyć. Daray od dłuższego czasu przyglądał się łańcuszkowi na szyi dziewczyny. Odkąd pamięta stanowił on dla niego wielką zagadkę. Eileen powtarzała uparcie, że dostała go od ojca, należał wcześniej do jej matki. Nigdy jej nie poznała – zmarła niedługo po urodzeniu córki.
 
          Dałby sobie głowę uciąć, że już gdzieś widział taki znak. Dwie szabelki mieniły się złotem, była to chyba najcenniejsza rzecz jaką mógł znaleźć w tym domu.
- Co teraz będzie? – zapytała cicho, otwierając oczy – Cathal wyjedzie, zostanie królem. Obowiązek przejęcia tronu, spoczywa teraz na tobie.
            Spuścił wzrok. Zdawał sobie z tego sprawę, choć miał nadzieję, że ojciec szybko nie podejmie decyzji o oddaniu berła i korony.
- Twój ojciec nie pozwoli by królową została córka marynarza – podniosła się z posłania
- Kapitana floty – poprawił ją i uśmiechnął się – nie uprzedzaj faktów.
- Bawi cię to? – zdenerwowała się i wstała
 
            Zmierzył ją wzrokiem z góry na dół. Nie pozwoliła mu długo cieszyć się widokiem swojego ciała. Wciągnęła na siebie koszulę, którą zwykle zakładała do snu. Była długa, sięgała prawie do kostek.
- Mam rwać sobie włosy z głowy bo zostanę jedynym dziedzicem tronu?! – zdenerwował się – nie może mi rozkazać bym ożenił się z jakąkolwiek damą dworu.
- Cathal nie miał żadnego wyboru – rzuciła przez ramię i usiadła za stołem            
             Wywar, który nalała Daray’owi gdy przyszedł, całkiem wystygł, mimo to napiła się. Nastała cisza, którą przerywały trzaski z paleniska. Daray wstał z łóżka i ubrał się, z zaciśniętymi ustami obwiązał się w pasie, tak ciasno, że po chwili zaczął go boleć brzuch. Podszedł do Eileen i spojrzał na nią z góry.
- Mam sobie znaleźć kogoś innego? – zapytał bez ogródek
- Im szybciej to zrobisz tym mniej będzie bolało – odetchnęła – a na koronacji…
- Zwariowałaś? – ujął jej podbródek i skierował ją w swoją stronę – nie chce żadnej innej!
- Twój ojciec…
- Nie interesuje mnie co o tym myśli mój ojciec! – krzyknął przerywając jej – zrzekłbym się prawa do tronu, byle by zostać z tobą!
- To bez sensu – uśmiechnęła się – nie wiesz co mówisz. Nie wiesz ile dziewczyn oddałoby wszystko by być z tobą i mieszkać w pałacu…
            Zamilkł. Był wściekły, przywykł do braku sprzeciwu. Puścił jej podbródek i podszedł do drzwi. Przyjemna atmosfera prysła jak bańka mydlana. Wpatrywała się w jego plecy, zaciskając dłonie na kubku.
- To było nasze ostatnie spotkanie – zerknął na nią nim otworzył drzwi, miał nadzieję, że go zatrzyma.
            Ona jednak siedziała niewzruszona wbijając wzrok w kubek. Kiwnęła tylko głową na znak zrozumienia, co tylko podburzyło go jeszcze bardziej. Wyszedł, zatrzaskując na sobą drzwi. Została sama. Podniosła w dłoni swój łańcuszek i po raz kolejny powtórzyła w myślach, że postąpiła dobrze. Odkąd w zamkowych lochach przebywał ten chłopak, sytuacja na wyspie zmieniła się diametralnie. Uderzyła pięścią w stół i wstała. Szybkim ruchem narzuciła na plecy płaszcz, który Daray zostawił obok łóżka i wybiegła na zewnątrz.
- Daray! – krzyknęła w kierunku odjeżdżającego na koniu jeźdźca, ale był zbyt daleko by ją usłyszeć.
- Nie sądziłem, że to zrobisz, ale… zwracam honor.
            Odwróciła się gwałtownie, za nią stało kilku mężczyzn z mieczami przy bokach. Posmutniała i spuściła wzrok. Wśród zgromadzonych mężczyzn stał Dorian, który podszedł do dziewczyny i położył jej dłoń na ramieniu.
- Widział was, słyszał o czym rozmawialiście – Eileen strzepnęła jego dłoń – wszystko wyjdzie na jaw on nie jest głupi!
- Twój ojciec już dawno to przewidział, dlatego przysłał do nas te wieści z morza, musimy odciąć się od króla jak tylko można.
- Nienawidzę tego życia – syknęła ze łzami w oczach i zniknęła w swoim domu.
 

              Jowan siedział przy stole wystukując palcami rytm, jednej z piosenek z królewskiej uczty, którą wciąż słyszał w głowie. Wpatrywał się w swoją córkę, która wciąż spała. Nie dziwił się że minęło południe a ona spała. Gdy wrócił do domu, ona udawała, że śpi, ale gdy tylko położył się do łóżka, a wszelkie inne odgłosy w domy ucichły, usłyszał jak płacze. Mogło to oznaczać tylko jedno – jego list dotarł do wioski. Miał nadzieję, że chłopak w lochach wyjawi to co król chciał usłyszeć, a tym samym w pewien sposób ocali swoje życie, co nie ściągnie na nich zemsty piratów. Jednak wiadomość, że szukał on wyspy na której mieszkają banici z Quaramonte przerosła jego oczekiwania. Przed kim musiał się ukrywać? Stan w jakim go zastał musiał świadczyć o tym, że został świeżo zraniony.
 
            Eileen przebudziła się i gdy tylko zauważyła ojca, wstała szybko z łóżka i podbiegła do niego. Uściskał ją z utęsknieniem i przez dłuższą chwilę nie puszczał z objęć. Miał wrażenie że zmieniła się, wyrosła i coraz bardziej przypominała swoją matkę.
- Zrobiłam to… – rozpłakała się – powiedziałam, że musi mnie zostawić.
- Dziecko – pogłaskał ją po głowie – dobrze się stało. To co napisałem, o statkach pirackich, jest ich coraz więcej i są coraz bliżej. Najlepiej by było jakbyśmy odpłynęli… A ten chłopak z zamku – pokręcił głową – prócz blizny, miał wytatuowany statek, znak królewski. To książę piratów!
            Dziewczyna spojrzała na niego wystraszona i pokręciła głową.
- Tato, muszę mu powiedzieć prawdę – odgarnęła włosy z twarzy – nie mogę wyjechać i tak tego zostawić!
- Nie mamy czasu, wypływamy jutro z samego rana…
- A statek? – opanowała się
- W porcie stoi ich mnóstwo, Dorian miał dziś wypływać, przesunie wyprawę na jutro, kochanie – chciał ją do siebie przygarnąć lecz cofnęła się – nie mogę pozwolić by coś ci się stało.
- Będziemy całe życie uciekać?! – cofając się dobiła do ściany – nie chce…
- Przecież mieszkasz tu od urodzenia – rozejrzał się – to zbyt mało, zasługujesz na coś więcej…
- Tato – jęknęła – właśnie powiedziałam mu, że powinien o mnie zapomnieć a ty bredzisz mi o tym ze zasługuje na więcej?! A kto kazał mi z nim skończyć? To on był wszystkim czego potrzebowałam! – krzyknęła i wybiegła z domu
            Jowan został sam bijąc się z myślami. Przemawiał w nim jednak zdrowy rozsądek, wiedział, że przygoda z księciem i tak się kiedyś skończy, a on przysięgał jej chronić za cenę własnego życia. Na wyspie przestało być bezpiecznie, wyciągnął z kieszeni zmięty kawałek papieru – list, który wysłał ze statku do Doriana.  

Nie zaatakowali nas. Ale byli blisko. Musiało im się spieszyć, na maszcie powiewała zielona flaga, musieli płynąć po kogoś ważnego. Uważaj na Eileen, powinna zakończyć znajomość z młodym księciem, pakt pokojowy dojdzie do skutku, a to oznacza że zostanie on dziedzicem tronu. Stanie się po części naszym wrogiem – musisz przemówić jej do rozsądku, piraci są coraz bliżej nas”

 

             Zgniótł papier w dłoni i wyszedł na podwórze. Dojrzał dziewczynę, która oddalała się w kierunku urwiska. Powinien ją zostawić samą, musi sobie z tym teraz poradzić, on miał ważniejsze sprawy na głowie. Szybkim krokiem skierował się do pałacu, gdzie był już umówiony z królem, który wierzył, że kapitan przyniesie mu dobre wieści. Niestety, nie dowiedział się niczego konkretnego. Przekroczył bramy zamkowe, nikt go nie zatrzymał. Przed salą tronową oczekiwał go strażnik, który bez słowa cofnął się, robiąc mu przejście. Król powstał natychmiast, gdy ujrzał Jowana kroczącego w jego kierunku.
- Nie mam za dobrych wieści – kapitan skłonił głowę – nie powiedział mi jak dostać się na wyspę.
- Moje nadzieje umarły – usiadł z powrotem na tronie i schował twarz w dłoniach
- Mam jeszcze gorszą wiadomość – odchrząknął – ten chłopak to zaiste pirat – król zaśmiał się cicho – powiem więcej to dość ważna osobistość w świecie pirackim, z informacji jakie uzyskaliśmy podczas naszych licznych podróży wynika, że znak, w kształcie statku który ma na piersi, oznacza…
- Co oznacza?! – ponaglił go
- Że to książę piratów, syn samego króla.
            Król nie odpowiedział. Przymknął oczy i wstrzymał oddech. Te parę chwil ciszy wydawały się Jowanowi wiecznością. Ze skupieniem na twarzy oczekiwał kolejnych rozkazów króla, chciał go również prosić w imieniu Doriana o przesunięcie wyprawy do jutra.
- Nie mogę go tak po prostu wypuścić – król pokręcił głową
- Nie możesz go również panie zabić! – sprzeciwił się – zemsta będzie nas wszystkich kosztować życie.
- Co proponujesz? – zapytał, nie patrząc na niego
            Jowan spuścił wzrok i przespacerował się w kierunku suto zastawionego stołu.
- Przewieźć go do lochów w twierdzy i traktować jako warunek pokoju, pomiędzy naszym, a ich światem – odparł w końcu
- A jeśli się nie zgodzą?
- Nie mamy chyba lepszego wyjścia – kapitan podniósł ze stołu jabłko i dokładnie się mu przyjrzał
- Odejdź, muszę to sam przemyśleć! – król był wyraźnie zdenerwowany
- Panie… – mężczyzna zawahał się, chciał zapytać o wyprawę, ale wzrok jego pana, wybił go z równowagi – dobrze by było, gdyby zobaczył go medyk – dodał szybko i odszedł

              Szeroko rozpostarte żagle powiewały na wietrze, odbijając blask słońca, które paliło ich twarze. Statek płynął szybko, ostatnio wykonane naprawy tylko polepszyły jego sterowność. Wybudowano go z ciemnego drewna, które na dodatek pokryło się mchem i wodorostami, przypominał z oddali czarną kropkę, która w miarę upływu czasu, coraz bardziej przypominała zarys statku. Załoga stłoczyła się na pokładzie, by lepiej przyjrzeć się miejscu, do którego zdążali – wyspa wydawała się być coraz bliżej. 
              Mężczyźni byli brudni i nieogoleni, ich dłonie pokryte były mułem i krwią świeżo patroszonych ryb, były przy tym niesamowicie umięśnione, pokryte bliznami, oraz zadrapaniami. Jeden z nich, kulejący na prawą nogę z ciasno obwiązaną przepaska na czole, przeszedł w kierunku dziobu statku.
- Damy radę dopłynąć dziś wieczorem – mruknął podchodząc do siedzącego na burcie chłopaka
- To dobrze, bo kapitan traci cierpliwość – odparł cicho
            W przeciwieństwie do mężczyzny był ubrany w czystą, lnianą koszulę wiązaną pod szyją, czarne spodnie, a na nogach miał wysokie buty. Czarne włosy opadały mu swobodnie na czoło, gdy pochylił się nad kawałkiem drewna w dłoni, druga zręcznie drążyła w drewnie nieokreślony kształt. Nie zasznurowana koszula odsłaniała wiszący na szyi, złoty łańcuszek – dwie, skrzyżowane szabelki.
- To nasza ostatnia szansa, żeby go znaleźć. Jeśli nie będzie go w wiosce, wracamy do Quaramonte – kontynuował chłopak – kapitan długo nie wytrzyma, a dobrze by było, żebyśmy dowieźli go żywego na wyspę
- Co z ludźmi?- Róbcie co chcecie, ale nie bierzcie na pokład darmozjadów, potem tylko wyją pod pokładem – uśmiechnął się pod nosem, nie odrywając wzroku od kawałka drewna
            Mężczyzna wydał z siebie dźwięk podobny do szczekania, co było zapewne jego śmiechem i odszedł do reszty piratów. Na najwyższym maszcie powiewała czarna flaga z trupią czaszką i skrzyżowanymi szablami – znak,  w obecności którego wszystkie statki handlowe chciałby jak najszybciej odpłynąć z niebezpiecznego pola.                
            Chłopak podniósł wzrok na wyspę przed sobą i zmrużył oczy. Nolan nie mógł uciec daleko.

            Był już wieczór gdy Daray wjechał na koniu do wioski, co pozwoliło mu uniknąć zdziwionego wzroku mieszkańców. Przywiązał konia do pachołka za drewnianym domkiem, przed którym nie było jeszcze wbitego miecza i wszedł do środka.             
            Wnętrze było równie mało bogate, jak z zewnątrz. W niewielkim pokoju stał stół i dwa krzesła, pod oknem ustawione były kufry – nigdy do nich nie zaglądał. Obok wybudowano niewielki murek z kamieni, chronił on kufry przed paleniskiem, nad którym wisiał duży kocioł. Na półce nad kotłem stało kilka glinianych misek i kubków. Okna zasłonięte były przeźroczystym materiałem. Po drugiej stronie stołu wisiał materiał przysłaniający resztę pomieszczenia. Za nim, mur oddzielał od siebie dwa łóżka, pod którymi leżały dwa kufry. Domek był naprawdę skromny, co było całkowitym przeciwieństwem tego co znał z pałacu.
- Eileen! – rozejrzał się po pomieszczeniu i zajrzał za materiał, do jej „pokoju”            
            Dziewczyny jednak nigdzie nie było. Zdziwiony wyszedł z domu i rozejrzał się po pozostałych domkach. Wiedział, że się spóźnił, ale przecież nie mogła zniknąć tylko z tego powodu. W żadnym z okien nie dostrzegł światła, które dawała zapalona świeca. Otulił się płaszczem, który miał przewiązany na szyi i zarzucił na głowę kaptur. Przeszedł się wzdłuż ścieżki, która znikała za drzewami i prowadziła nad urwisko. Pod skarpą znajdowała się kamienista plaża i mnóstwo skał o które rozbijały się fale. Nikt nie zapuszczał się tam bez konkretnego powodu. Zawsze spotykali się tam z Eileen, gdy jej ojciec był w domu. Ale tym razem jej tam nie było… 
            
            
Już miał wrócić do wioski gdy jego uszu doszły odgłosy kłótni. Rozejrzał się zdezorientowany dookoła siebie i zmrużył oczy. W ciemnościach, trudno było cokolwiek dostrzec. Podszedł bliżej skarpy.
- Mieliśmy się nie wtrącać!
- Mamy patrzeć jak go zamordują? Znalazł się w niewłaściwym czasie, w niewłaściwym miejscu!            
            
Były to na pewno męskie głosy. Chwilę trwało nim jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i był wstanie dostrzec fale, leniwie rozbijające się o maleńkie kamyczki na plaży, oraz sylwetki kilkunastu osób – dwóch mężczyzn jak wynikało z tego co usłyszał kłóciło się między sobą, reszta przyglądała się całej sytuacji.
- Jutro wypływam, wszystko jest gotowe, dzisiaj był u mnie posłaniec, możemy go odbić i…
- Chcesz zaatakować?! – pchnął swojego przeciwnika – skoro go zostawili na tej plaży, to znaczy, że nie chcieli go uratować, a to znowu znaczy tępaku, że zrobił coś za co stracił ich szacunek!
- Nikt nie zna jego wersji…
- Poprzysięgliśmy nie wtrącać się w sprawy królestwa!
- Nasi przodkowie to przysięgali, ja nie miałem z tym nic wspólnego!
- Jeśli złamiemy pakt, będziemy mieć podwójnych wrogów… z jednej strony króla, a z drugiej…
- Co tu tutaj robisz?! – głos Eileen zagłuszył ostatnie słowa mężczyzny            
            
Daray odwrócił się gwałtownie. Wpatrywała się w niego z skrzyżowanymi na piersi ramionami. Była zdenerwowana, pierwszy raz widział ją z zaciśniętymi ustami i tak świdrującym go na wskroś spojrzeniem.       
            Podszedł do niej bliżej i zrzucił kaptur z głowy. 
- Byłem w waszym domku, ale – uśmiechnął się – nie było cię, więc…
- Byłam w domu obok, pomagałam znajomej mojego ojca – przerwała mu stanowczo i odeszła w kierunku wioski.            
            
Chłopak zerknął jeszcze raz za siebie i pobiegł za nią.
- Kto to był? – zapytał, gdy zamknął za sobą drzwi
- Niby kto? – zrzuciła z ramion okrywający ją koc
- Ci ludzie… tam na dole?!
- Jacy ludzie? – uśmiechnęła się i nalała do glinianego kubka gorącego wywaru z kotła
- No ci z plaży! – zdenerwował się
- Przecież na tą plażę nie da się zejść – podała mu kubek – musiało ci się cos przewidzieć.            
            Upił nieznacznie nie spuszczając z niej wzroku. Usiadła przy stole i uśmiechnęła się do niego, miał wrażenie że robi z siebie idiotę.
- Twój ojciec zostaje dzisiaj na uczcie – stanął tuż obok dziewczyny i spojrzał na nią z góry – mamy dużo czasu…   
- Skoro tak mówisz – podniosła dłoń i pogładziła jego delikatną, zwiewną koszulę – nie wolisz się pobawić z pannami z dworu? – rozwiązała supełek pod jego szyją, a płaszcz zsunął się z jego ramion i wyścielił podłogę
- One są takie – pochylił się – całkiem zwyczajne.             
            
Eileen wstała z krzesła i nie zastanawiając się długo pocałowała go. Nie była to ich pierwsza, wspólna noc, ale prawdopodobnie ostatnia na dłuższy czas. Gdy Jowan był w domu, książę rzadko przebywał w wiosce, spotykali się na parę chwil potajemnie na urwisku. Daray podejrzewał, że gdy by król dowiedział się o jego schadzkach z córką kapitana powziąłby wszelkie środki by to zakończyć. 
            
            
Pomimo chłodnego wieczoru było im ciepło, uwielbiał jej ciało, zwłaszcza pozbawione tego głupiego gorsetu. Mógł się w nią wpatrywać przez cały czas, wplątywać palce w jej włosy i liczyć piegi na nosie, których z daleka nie można było dostrzec…
              
            

            Na zamku trwała huczna zabawa. Nikt nie zauważył nieobecności młodszego księcia. Cathal był obiektem zainteresowania. Każdy chciał dowiedzieć się jak najwięcej o sąsiednim królestwie i jego mieszkańcach, najwięcej pytań padało na temat królewskiej córki. Damy dworcu z żalem przyjęły informacje o jego zaręczynach, ich kolejnym potencjalnym kandydatem na męża został Daray, który po śmierci króla miał objąć tron. 
            
            
Sam król nie był zainteresowany ucztą, na której bawili się marynarze. Większość czasu spędził na rozmowie z Jowanem, którego bardzo interesował chłopak, którego znaleziono na plaży.
- Nie chce z nikim rozmawiać – król był wyraźnie posmutniały – już miałem nadzieje, że…
- Panie, może ja z nim porozmawiam – przerwał ciągnący się od dłuższego czasu monolog.             
            Król spojrzał na niego zaskoczony i zamyślił się.
- Może ktoś kto również przebywa na morzu, zdobędzie jego zaufanie. Nie raz byłem ranny, nie straszne mi to jak wygląda. Pozwól mi…
- Jowan – uśmiechnął się – chcesz z nim porozmawiać, bo nie możesz sobie wybaczyć, że twoja córka widziała atak na wioskę. Ale on ci nic nie powie, bo nawet nie wiedział, że takowy miał miejsce. A Eileen jest cała i zdrowa!            
            Mężczyzna spuścił wzrok i nastała cisza, którą wypełniała muzyka, wygrywana przez królewskich muzyków. Marynarze świetnie się bawili przy niekończącym się winie. Mogli się nareszcie najeść do syta.
- Ale zezwalam byś z nim porozmawiał – król wstał, a Jowan natychmiast powstał razem z nim – zaraz wydam stosowne rozkazy, a później jeśli pozwolisz ja się oddalę, nużą mnie takie uczty – zaśmiał się – i tobie radzę wracać do domu, bo córka twa już na pewno na ciebie czeka. A jeśli czegoś się dowiesz… – spojrzał na mężczyznę – to przekaż to posłańcowi i jutro zjaw się w pałacu, zostaniesz wpuszczony.             
            
Jowan pokłonił się i posłusznie podążył za władcą, który przywoławszy do siebie dwóch strażników, wydał im rozkazy i bez słowa odszedł do komnaty. Kapitan kierowany przez dwóch zbrojnych zszedł do ciemnych lochów. Muzyka była stłumiona prawie nie było jej słychać. Mury były coraz brudniejsze, a gdy przekroczyli żelazną kratę zauważył, że nawet były pokryte mchem, co świadczyło o wysokiej wilgotności. Pochodnie paliły się co parę metrów, na ziemi leżała słoma, pomiędzy nogami biegały szczury. Warunki były gorsze niż te panujące na statku.
            Strażnicy zatrzymali się przed jedną z cel dając mu tym samym do zrozumienia, że są na miejscu. Gdy tylko Jowan podszedł bliżej, wyminęli go i odeszli pod samą żelazną kratę. Mężczyzna odetchnął głęboko i podszedł bliżej krat, które ociekały wodą. Czuł stęchliznę i wiedział, że długo tutaj nie wytrzyma.
- Jesteś kolejnym doradcą królewskim? – z głębi celi wyszedł wysoki chłopak            
            
Miał czarne włosy, opadające na oko po prawej stronie. Jego ubranie pozostawiało wiele do życzenia – zakrwawiona, lniana koszula w ciemnych kolorach i luźne poszarpane spodnie. W dłoni trzymał kawałek materiału, również zakrwawiony, nie miał butów. Był brudny i posiniaczony, a gdy wyszedł z cienia w celi i podszedł bliżej, Jowan dostrzegł głębokie rozcięcie na jego twarzy, po prawej stronie. Rozcięcie ciągnęło się od czoła, przez skroń, aż na policzek, na szczęście ominęło oko. Włosy skutecznie przysłaniały ranę, choć teraz lepiły się do świeżej krwi. Skroń była spuchnięta i sino-zielona. Rzeczywiście wyglądał na chłopaka w wieku młodego księcia. 
            
            
Chłopak zagwizdał z wrażenia i uśmiechnął się pod nosem. O dziwo – miał wszystkie zęby.
- Kapitan floty królewskiej…
- Na pewno jesteś piratem? – Jowan skrzyżował ramiona na piersi lekceważąc jego uwagę            
            
Chłopak szarpnął za lnianą koszulę i odsłonił pierś, na której wypalono znak – skrzyżowane szable. Blizny były dobrze widoczne. Tu pod nimi wytatuowano niewielki, szablon statku
- Jeszcze jakieś wątpliwości?
- Jak ci na imię? – kapitan wyciągnął z kieszeni kawałek mięsa, który ukradkiem zabrał ze stołu
- Myślisz, że przekupisz mnie jedzeniem?
- Nawet pies musi czasami coś zjeść – rzucił mięso w kierunku chłopaka, a ten zręcznie je złapał – jak się nazywasz? – powtórzył pytanie
- Nolan – mruknął i szybko obgryzł kawałek kości
- Skąd ta rana?
- A twoja?            
            
Jowan zmieszał się, miał nadzieję że wysoki kołnierz ukryje rozcięcie na szyi. Wiedziało o nim tylko kilka osób z domków kapitańskich i sam król.
- Chcesz ode mnie wyciągnąć, gdzie jest nasza wyspa? – odrzucił kość na kupkę siana
- Chce wiedzieć dlaczego najechaliście na wioskę.
- Facet – parsknął śmiechem – ja nie mam z tym nic wspólnego. Chciałem się dostać na wyspę, gdzie podobno żyją banici, ale chyba pobłądziłem – wzruszył ramionami i przyłożył materiał, którzy trzymał w ręce do krwawiącej rany na czole.
- Uciekasz? – uniósł brwi
- Czy ja ci się muszę spowiadać? – prychnął – czego chcesz, bo mam zamiar się jeszcze pobawić. Świetnie grają a szczury są dobrymi kompanami.
- Może jednak powiesz królowi jak dopłynąć na wyspę, może ocalisz życie.
- Nie zależy mi – zaśmiał się – mam wydać wszystkich? Powiedz królowi, że jak oni przestaną mordować nas… to my przestaniemy najeżdżać na wioski.
- To wy zacze…
- Gówno prawda – warknął – zresztą – machnął ręką – nie ważne. Nie interesuje cię mój medalion, nie pytasz o znak i właściwie mało cię obchodzi droga na wyspę. Pytasz mnie o rzeczy mało istotne jak ta pieprzona rana, czego ty właściwie ode mnie chcesz?!
-   Chce ci pomóc, powiedz królowi cokolwiek.

- Nie rozumiesz – parsknął śmiechem i złapał kraty - Trí bhás immortality…* – dodał i odszedł w cień

                Jowan wpatrywał się w miejsce po chłopaku z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Dotknął dłonią blizny na szyi. Zapiekła…

 

~*~

 

* Przez śmierć do nieśmiertelności… 

 


  • RSS